Artykuły

Pleograf. Kwartalnik Akademii Polskiego Filmu", nr 3/2017


Brzydka, gruba i w kapturze 

Z Karoliną Bielawską i Anną Zamecką rozmawia Łukasz Maciejewski


autorka plakatu: Agata Kulik, źródło: Solopan

Dokument wymyka się jednoznacznej definicji. Czym jest dla was?

Karolina Bielawska: Niezależnie od tego, czy robię film dokumentalny, czy fabularny, zawsze myślę tak samo – filmowo. Przetwarzam rzeczywistość w historię i obraz. Tak było w przypadku dokumentu Mów mi Marianna (2015) czy teraz, gdy przygotowuję swój debiut fabularny o Violetcie Villas. Mam wrażenie, że właśnie dlatego polski film dokumentalny pozytywnie wyróżnia się na świecie, bo jest artystycznie przetworzony. Nie jest reportażem, tylko filmem w pełni znaczenia tego słowa. 

Anna Zamecka: We współczesnym kinie zaciera się granica pomiędzy dokumentem a fabułą. Jako widz lubię, kiedy fabuła korzysta z narzędzi dokumentalnych, i odwrotnie. Czasy ostrych podziałów gatunkowych przeszły chyba do historii. Albo coś wciąga, albo nie – i to jest najważniejszy weryfikator. A narzędzia są tylko narzędziami.

K.B.: Komunia (2016) wygląda jak film fabularny.

A.Z.: W jakim sensie? 

K.B.: Ma konstrukcję filmu fabularnego. Unikasz dopowiadającego zdarzenia głosu z offu, wywiadów, opowiadasz historię poprzez sceny. Według mnie to forma wpływa na to, jak widz odbiera film. Nie znam wprawdzie na wylot struktury Komunii, ale Mów mi Marianna ma konstrukcję filmu fabularnego. Posiada pierwszy punkt zwrotny, drugi punkt zwrotny itd. 

A.Z.: Nie mam wykształcenia filmowego, ale znam zasady, etapy podróży bohatera, punkty zwrotne itd. Pisząc scenariusz Komunii, starałam się jednak o tym wszystkim zapomnieć (co, oczywiście, nie  jest takie proste) i podążać za intuicją.

autor plakatu: Jerzy Gruchot, źródło: Aurora Films

Kiedy śledzi się losy wielu cenionych twórców filmowych, dokument był dla nich często pomostem prowadzącym do fabuły. Bywa jednak i tak, że niegdyś wybitni twórcy kreacyjnego kina autorskiego, jak Wim Wenders czy Werner Herzog, dzisiaj artystycznie spełniają się wyłącznie w dokumentach. Ich nowe fabuły rozczarowują. 

A.Z.: Nie ma jednej, wspólnej drogi – i to jest świetne. Mamy choćby przykład braci Dardenne, ale i Krzysztofa Kieślowskiego, który w pewnym momencie zrezygnował z kręcenia dokumentów i przeszedł do fabuły. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że w obydwu wypadkach była to słuszna decyzja. 

A jaka była wasza droga do dokumentu, do kina? W przypadku Karoliny to dosyć tradycyjny model. Najpierw reżyseria na Wydziale Radia i Telewizji im. Krzysztofa Kieślowskiego Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, potem świetne, nagradzane etiudy, pierwsze dokumenty – na czele ze wspaniałą Warszawą do wzięcia (2009), zrealizowaną wspólnie z Julią Ruszkiewicz, wreszcie Mów mi Marianna. Ania natomiast spadła nam chyba z kosmosu. Mało o tobie wiemy.

K.B.: Dokument w moim przypadku to była także potrzeba wynikająca z obiektywnych, finansowych ograniczeń. Dokument zwyczajnie łatwiej jest nakręcić, bo jest o wiele tańszy. Ale tak naprawdę to filmy mnie znajdują, a nie na odwrót. Mój poprzedni film, Warszawa do wzięcia, powstał po przeczytaniu w gazecie informacji o programie skierowanym do dziewczyn z byłych terenów popegeerowskich, które przyjeżdżają do Warszawy, aby odmienić swój los, a ponieważ film Dziewczyny do wzięcia (1972) Janusza Kondratiuka jest jednym z moich ulubionych, natychmiast chciałam zobaczyć, jak wyglądają współczesne „dziewczyny do wzięcia”. I w ten sposób powstała Warszawa..., nakręcona przeze mnie w duecie z Julią Ruszkiewicz. 

Z kolei Marianna... to miał być film fabularny. Przeczytałam wywiad z Anną Grodzką. Ta rozmowa mną wstrząsnęła. Chciałam się dowiedzieć, jak to jest żyć przez większość życia w nie swoim ciele, jak to w ogóle jest możliwe. Zaczęłam dokumentować temat. Podczas spotkania z Anią Grodzką, która opowiadała mi o swoim życiu, wpadła na chwilę Marianna. Wówczas czterdziestosiedmioletnia, piękna kobieta, wierząca, o konserwatywnych poglądach, która od czterech lat walczyła w sądzie ze swoimi rodzicami o to, by móc zmienić swą tożsamość prawną oraz dokonać korekty płci. Pomyślałam wtedy: Właściwie po co mam robić fabułę, skoro jest tak fascynująca bohaterka

kadr z filmu "Mów mi Marianna", źródło: Solopan

Tak jest ze mną zawsze. Ważny jest bohater, historia, a nie przynależność gatunkowa. Pamiętajmy, że decydując się na film, niezależnie od tego, czy jest mowa o fabule, czy o dokumencie, decydujemy się spędzić z tym tematem albo z bohaterem kilka lat życia. Nie z doskoku, nie w wolnych chwilach, ale ze świadomością, że to wypełni nam prawie cały czas. W każdym razie ja nie potrafiłabym pracować inaczej. Kino jest dla mnie sposobem na życie, pasją zawłaszczającą niemal całą przestrzeń. 

A.Z.: Ze mną rzeczywiście było inaczej, niekonwencjonalnie. Muszę w tym momencie mocno cofnąć się w czasie. Miałam cztery lata, kiedy po raz pierwszy wystąpiłam na scenie. Moi rodzice po studiach przenieśli się na podwarszawską wieś, do lasu, i zapisali mnie do miejscowego teatrzyku dla dzieci. W szkole podstawowej połknęłam bakcyla reżyserii. Wszystkie lektury przenosiłam na scenę. Wtedy było dla mnie jasne, że tylko to potrafiłabym robić w życiu i nic innego. Nosiłam w sobie tę pewność. Kiedyś przeczytałam, że Agnieszka Holland nie skończyła szkoły filmowej w Polsce, tylko FAMU w Pradze czeskiej. Wymyśliłam sobie, że zrobię tak samo. Będę studiowała na FAMU. Byłam w pierwszej klasie liceum, tuż po zakończeniu roku szkolnego obwieściłam rodzicom, że jadę na wakacje z koleżanką, a wyruszyłam do Pragi. Uznałam, że poznam profesorów, studentów, o wszystko się wypytam. To było wyzwanie, miałam niespełna szesnaście lat i po raz pierwszy jechałam za granicę sama. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że zaczął się okres wakacyjny, że być może szkoła będzie zamknięta. Dotarłam do Pragi, stanęłam przed drzwiami uczelni, a tam wszystko pozamykane na cztery spusty, szkoła w remoncie. Nikogo nie było. Chyba uznałam, że to jest znak. Szybko pojawiły się inne problemy. Buntowałam się, wyrzucili mnie ze szkoły, trafiłam do liceum dla trudnej młodzieży, wszystko mnie bolało. Byłam nadwrażliwym, nieszczęśliwym dzieckiem. Nie potrafiłam odnaleźć się w rzeczywistości: szkolnej, domowej, żadnej. Przestałam też wierzyć w siebie. Rozstałam się z myślą, że będę studiowała reżyserię, poszłam na antropologię i fotografię.

K.B.: A reżyseria? Naprawdę nie zdawałaś na reżyserię?

A.Z.: Nie miałam odwagi. Oglądałam filmy Ingmara Bergmana, Carla Theodora Dreyera i myślałam sobie – z czym do ludzi, nie ma sensu zawracać nikomu głowy. Ale wciąż przychodziły mi do głowy różne pomysły i zrozumiałam w końcu, że kiedyś, wcześniej czy później, będę musiała wyrzucić z siebie bolesne historie.

Ola z Komunii to jesteś ty?

kadr z filmu "Komunia", źródło: Aurora Films

A.Z.: Jest w Oli sporo mnie. Oczywiście, to nie są moje doświadczenia, ale w filmie zawarłam wiele emocjonalnych obrazów z własnego życia. Dlatego nie potrafiłabym nakręcić tego filmu z dystansem i na chłodno. Interesowała mnie sytuacja dziecka, które musi gwałtownie dorosnąć, przejmuje odpowiedzialność za innych. Początkowo myślałam o zrobieniu krótkiej fabuły na ten temat, zaczęłam nawet pisać scenariusz. Kiedy poznałam Olę, zdecydowałam się zrobić dokument. Ola i Nikodem w Komunii tworzą w zasadzie jedną, bliską mi postać. W tym podejściu więcej było intuicji niż namysłu. Czułam, że nie szukam celu na zewnątrz, tylko w sobie. Chodziło o potrzebę przerobienia czegoś własnego i bardzo trudnego. Komunia mnie oczyściła, razem z bohaterami przeszłam długi proces. 

K.B.: Warto robić filmy, żeby poznawać nie tylko świat, ale i siebie. To jest niesamowity przywilej tej profesji. Żyjemy cudzym życiem, które staje się naszym światem. 

A.Z.: Na pewno byłoby mi trudniej zrobić film z perspektywy matki Oli, bo nie mam dzieci. Ale chciałabym kiedyś wejść w cudzą skórę. Dotknąć tego, co nieznane.

K.B.: Chyba o to chodzi w robieniu filmów, żeby odnajdywać „siebie” w nieznanym. Rozpoczynając przygotowania do filmu o Mariannie, nie wiedziałam zbyt wiele na temat transpłciowości. To był temat, z którym nie zetknęłam się wcześniej. A potem okazało się, że Marianna jest mi bliska i rozumiem ją. Tyle że ja nie robiłam filmu o transpłciowości, tylko o potrzebie akceptacji i wolności. Parę razy przez głowę przeszła mi myśl, że robię ten film dla mojego synka, aby przekazać mu to, co jest dla mnie ważne. Kiedy zobaczył Mariannę...,  powiedział: Mama, to najnudniejszy film na świecie. No, cóż... W każdy film wkładamy siebie, dlatego ważne jest to, co czerpiemy z naszych filmów, co one nam dają. 

kadr z filmu "Mów mi Marianna", źródło: Solopan

Jestem w naszej rozmowie reprezentantem widza. I również odnajduję siebie w waszych filmach. Jestem Olą, Marianną, Anną, Karoliną...

K.B.: Warunkiem koniecznym jest zaangażowanie, pasja artysty. I, powiem teraz rzecz odważną, nieliczenie się z widzem. A już na pewno widz nie powinien być fetyszem. Dla mnie reżyseria jest powołaniem, nie zawodem. Gdybym przed rozpoczęciem zdjęć, czy przed pisaniem scenariusza, zastanawiała się, czy to się będzie podobało widzom, nie potrafiłabym niczego zrobić. Kalkulowanie mnie paraliżuje. Kręcąc film, powołujesz nowy byt, nowe życie, organizm. Z czasem film idzie do ludzi, następuje przecięcie pępowiny, lecz jeślibym na którymkolwiek etapie zastanawiała się, komu to się spodoba i ile osób przyjdzie do kina, wolałabym w ogóle tego nie robić. Czułabym, że to zabija we mnie szczerość, a szczerość jest przecież najważniejsza. Ale muszę przyznać, że nie myślałam tak od początku. Kiedyś, gdybym dostała nawet kiepski scenariusz, ale z konkretną szansą na realizację, weszłabym w to. Ponieważ zawsze chciałam pracować za wszelką cenę. Lecz teraz wiem, że albo robię film tak, jak go czuję, albo nie robię  wcale.

Karolina mówiła wcześniej, że Komunia ma formę fabularną. Dodałbym od siebie: bardzo precyzyjną formę. Jak do tego doszłaś, Aniu, jak – bez żadnego wykształcenia filmowego – odnalazłaś kształt filmu?

A.Z.: Nie mam szkoły, to prawda, co nie znaczy, że bez przygotowania szłam na żywioł. To był długi proces. W 2012 roku poznałam bohaterów, pierwsze zdjęcia odbyły się dwa lata później. Komunia jest stosunkowo prostym filmem, również formalnie. To w sumie typowa historia coming of age, chociaż napisanie scenariusza zajęło mi ponad rok. Na początku miałam kłopot z opowiedzeniem historii. Tam nie było punktu zaczepienia. Nie wiedziałam, od czego zaczynam, na czym kończę. Kiedy wpadłam na pomysł tytułowej komunii, do której przystępuje Nikodem, wszystko wydało się łatwiejsze. Nawet nie chodziło o to, że bohater przejdzie jakiś proces; komunia okazała się dobrą metaforą wkroczenia w dorosłość Oli, pretekstem do opowiedzenia o jej sytuacji. 

Decyzja, by kręcić w małym, ciasnym wnętrzu mieszkania, wymusiła pewne rozwiązania formalne. Ruch kamery niekoniecznie musiał (i mógł) podążać za akcją. Chciałam, by niósł przede wszystkim emocjonalną interpretację, opisywał relacje bohaterów, przenosił ich napięcia, reakcje na siebie. Wiele scen opowiedzianych jest poprzez portrety. Kamera nie jest w Komunii chłodnym obserwatorem, jej ruch powiązany jest z emocjami danej sceny, szuka dla nich najlepszego wyrazu. Zrezygnowałam z dodatkowego oświetlenia – często jedynym źródłem światła był nieustannie włączony telewizor czy mała nocna lampka. To pozwoliło zachować atmosferę tego miejsca. Chciałam, by widz ją poczuł. 

Karolino, realizując film o Mariannie, przez wiele miesięcy żyłaś jej życiem, podobnie było w przypadku Komunii z Anią i z Olą. To obciążające?

kadr z filmu "Mów mi Marianna", źródło: Solopan

K.B.: Cały czas towarzyszy ci świadomość, że pomimo najlepszych chęci możesz zaszkodzić bohaterowi. Robiąc film, stykasz się z prawdziwym życiem i ludźmi. W moim przypadku dochodziła do tego jeszcze świadomość, że chodzi właśnie o Mariannę, czyli osobę tak mocno doświadczoną przez życie, skrzywdzoną właściwie z każdej strony. Ale nie chciałam też stworzyć ucukrowanej laurki na jej temat. Odpowiedzialność za bohaterów w filmie dokumentalnym to wielkie obciążenie. W czasie kręcenia zdjęć do Warszawy do wzięcia miałam nocne koszmary. Jeden sen uparcie się powtarzał: że idę za bohaterką z kamerą – pod pachą trzymam jej oderwaną od korpusu rękę – i mówię: Nakręcimy jeszcze trochę, jeszcze chwilę. Tak działa podświadomość. Czasami czujemy się pasożytami. Ktoś mi zresztą napisał na Facebooku, że ja w Mariannie... pasożytuję na cudzym nieszczęściu. Nie przejmuję się tym, bo wiem, że dzięki temu filmowi Marianna otrzymała to, o czym zawsze marzyła – akceptację innych ludzi. 

Czy istnieje granica, po przekroczeniu której trzeba powiedzieć sobie stop w relacji z bohaterem? 

K.B.: Nie wiem, ja tej granicy nie znam. To chyba zależy od instynktu, intuicji, samoobrony organizmu. Moja relacja z Marianną była na tyle głęboka i tak trudna, że dzisiaj mogę powiedzieć, że trudno mi sobie wyobrazić, bym w tym momencie odnalazła w sobie siłę na kolejny film dokumentalny. Muszę odpocząć. Zbyt wiele mnie to kosztowało. 

A.Z.: Bezsenność to jest chyba nasza choroba zawodowa. Mnie podczas realizacji filmu, ale także i teraz, nie opuszcza pytanie, czy naprawdę miałam prawo podejmować takie ryzyko. Czy w procesie zmagania się z własnymi uczuciami miałam prawo posiłkować się cudzym życiem? I nie jest ważne, że miałam dobre intencje, że moim celem było przedstawienie bohaterów w korzystnym świetle, bo krzywdę można przecież wyrządzić niechcący. Wyobrażam sobie, że konfrontacja bohatera z jego wizerunkiem w filmie może być bolesna. Jeżeli nawet nie teraz, to na przykład za parę lat. Z reguły postrzegamy przecież sami siebie inaczej. Lepiej, gorzej – inaczej. Każdy ma własny obraz siebie i ma do tego prawo. W przypadku Komunii sprawa była tym bardziej skomplikowana, że filmowałam dzieci, w tym jedno dziecko autystyczne – miałam nad nimi pod każdym względem przewagę, wiedziałam, że nie mogą się przede mną obronić, wyznaczyć granicy. Nawet dzisiaj, chociaż wiem, że cała rodzina przyjęła film bardzo dobrze, że pod każdym względem Komunia im pomogła, scaliła ich, nie mam żadnej pewności, że dorosła już Ola nie będzie miała pretensji do mnie o ten film.

kadr z filmu "Komunia", źródło: Aurora Films

K.B.: Jest tylko jedno wyjście. Przystępując do pracy, albo po nakręceniu filmu, pytam siebie: czy byłam, czy jestem w porządku wobec bohatera?

A.Z.: Ale kto może ci udzielić odpowiedzi na tak postawione pytanie?

K.B.: Tylko ja sama. Nikt inny, nikt z zewnątrz. Na tym także polega odpowiedzialność i uczciwość w tym zawodzie. Marianna bardzo lubi dokument o sobie, lecz już dziewczyny z Warszawy do wzięcia miały do nas różne pretensje. Ja to wszystko rozumiem, ale potrafię znieść ten balast, ponieważ wiem, że zrobiłam ten film w zgodzie z sobą. 

A.Z.: Ale sama powiedziałaś przed chwilą, że musisz odpocząć od dokumentu. Że Mów mi Marianna to było ekstremalnie obciążające doświadczenie.

K.B.: Obciążające, ale z powodów ludzkich, nie filmowych. Choroba Marianny mnie przytłoczyła. Codziennie jeździłam do szpitala. To ja myłam moją bohaterkę, ja ją czesałam i przeżywałam, co z nią będzie. Czy przeżyje, czy nie, a jeżeli tak, to kto będzie się nią opiekował, gdzie będzie mieszkała, z czego żyła. 

A.Z.: Skomplikowany temat. Siła naszych filmów wynika między innymi z tego, że pojawiła się między nami, twórczyniami, a bohaterami autentyczna, emocjonalna więź. Poczucie odpowiedzialności za bohatera jest ceną, jaką musimy zapłacić, ale w moim przypadku nie taką znowu wysoką. Cieszę się, że Ola i Nikodem zostali w moim życiu po zakończeniu filmu, bardzo cenię sobie naszą przyjaźń, choć oczywiście bywa trudna. 

 

Krzysztof Kieślowski w autobiografii O sobie pisał: Boję się prawdziwych łez, nie wiem, czy mam prawo je fotografować. Czuję się jak człowiek, który się dostaje w sfery właściwie zakazane. A to jest główny powód mojej ucieczki od filmu dokumentalnego

A.Z.: Z tych samych powodów po zrobieniu Komunii myślę o wycofaniu się z dokumentu. 

Cały czas rozmawiamy o bohaterach, ale przecież w dokumencie niezmiernie ważna jest również sama konstrukcja, pomysł na całość. 

K.B.: Najpierw musisz poznać i zdokumentować rzeczywistość wokół bohatera po to, żeby wydestylować z niej to, co naprawdę ci się przyda. Przed rozpoczęciem zdjęć poznałam życie Marianny od „a” do „z”. Wiedziałam, że moja bohaterka chodzi na spotkania wspierające dla osób transpłciowych, do lekarza i kościoła, że pracuje. Coraz więcej szczegółów. W pewnym momencie trzeba jednak sobie powiedzieć stop. Nie wszystko ci się przyda, ale ty już mniej więcej wiesz, o czym tak naprawdę chcesz zrobić film. Zaczynasz dokonywać selekcji, wybierasz. Wiedziałam, że przyglądając się Mariannie, chcę nakręcić film o potrzebie akceptacji i normalności. Świadomie  odrzuciłam kwestie związane z tematyką i środowiskiem LGBT, wybory Miss Trans itp. – nie dlatego, żeby ten temat nie był dla mnie fascynujący, ale jako reżyser zdecydowałam się po prostu na inną narrację. Dla mnie było ważne to, że Marianna ciągle chodzi do lekarza i do kościoła, ma ogromną potrzebę bycia jak każda inna kobieta. To jej największe marzenie. Wiedząc o tym, skupiłam się na fotografowaniu Marianny w codziennych sytuacjach, wśród ludzi, w autobusie, szpitalu albo w jej pracy w warszawskim metrze, gdzie była odpowiedzialna za bezpieczeństwo pasażerów, bo to wydawało mi się ważne w opowiedzeniu tej historii. 

kadr z filmu "Mów mi Marianna", źródło: Solopan

Wasze filmy, Komunia oraz Mów mi Marianna, to bodaj najbardziej utytułowane polskie dokumenty ostatniego sezonu, ale w ogóle polski dokument ma się świetnie. Obok klasyków pojawiły się zupełnie nowe nazwiska i tytuły.

K.B.: Można wręcz mówić o swoistym boomie w polskim dokumencie. Więzi (2016) Zofii Kowalewskiej, Polonez (2016) Agnieszki Elbanowskiej to są genialne tytuły. Młodzi robią teraz naprawdę świetne kino. Dlatego obawiam się tego, co będzie z nami dalej. Nie chciałabym, żeby dokument służył propagandzie, żeby stał się filmem na zlecenie. Na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że cenzura już działa. Telewizyjna premiera Mów mi Marianna została wstrzymana. Instytuty Polskie oraz współfinansowane przez ministerstwo instytucje blokują pokazy filmu za granicą – zupełnie tego nie rozumiem, bo przecież to nie jest film polityczny, nie opowiada się za żadną ze stron. Zawsze byliśmy krajem pełnym sprzeczności. Z jednej strony konserwatywni, a jednak Anna Grodzka była pierwszą na świecie transpłciową parlamentarzystką. Telewizja publiczna wstrzymała premierę Marianny..., ale film zdobył serca publiczności na festiwalach w Warszawie, Krakowie, Ińsku, Wrześni i wielu innych miastach w Polsce. To daje mi nadzieję, że nie jesteśmy tacy źli i pozamykani, jak nam się czasami wydaje. Może nie jest z nami aż tak fatalnie?

Znamienne jest to, że jeżeli mówimy dzisiaj o boomie na polski dokument, to odpowiedzialne za ów boom są przede wszystkim kobiety, reżyserki. Inaczej niż w fabule, ostatnie lata w polskim dokumencie zaznaczają się fascynującą kobiecą dominacją: Karolina, Ania, ale także Zofia Kowalewska, Magda Hueckel, Agnieszka Zwiefka, Monika Pawluczuk, Emi Buchwald, Katarzyna Trzaska, Teresa Czepiec, Monika Kotecka, Aleksandra Maciuszek, Ola Terpińska... Nowy, silny kobiecy głos w polskim dokumencie. 

Karolina Bielawska

K.B.: Z jednej strony to oczywiście bardzo dobrze, z drugiej wiele mówi o mechanizmach funkcjonujących w branży filmowej. Kobiety muszą cały czas udowadniać, że potrafią zrobić film. A jeśli chodzi o kwestie czysto finansowe, to o wiele łatwiej zebrać fundusze na film dokumentalny niż na fabułę. Trudno jest się kobietom przebić do fabuły, nie mówiąc już o serialach czy reklamach. Tam prawie nie ma reżyserek, są głównie reżyserzy. To jest wymowne. 

A.Z.: Ja zdałam sobie sprawę, że Komunię zrealizowały prawie same kobiety, dopiero po premierze. Zarówno w wywiadach, jak i na spotkaniach z publicznością wciąż musiałam się z tego tłumaczyć. A tu nie było żadnego spisku, manifestu. Montażystka Agnieszka Glińska i operatorka Gosia Szyłak to wspaniałe artystki i osobowości – i tylko dlatego zaprosiłam je do współpracy. Płeć nie miała żadnego znaczenia. Mężczyzna w kinie to byt oczywisty, kobieta wciąż jest aberracją. Co więcej, musi udowadniać, że ma „jaja”, a jak już to udowodni, jeszcze jej się za to dostanie. Słyszę czasem od współpracowników, ale i, niestety, współpracowniczek, że jestem trudną osobą. Gdybym była facetem, inaczej by się to nazywało. Nie byłabym „trudna”, tylko asertywna i zdecydowana. Chcę mieć kontrolę nad każdym elementem filmu, nigdy nie odpuszczam, co wzbudza zdziwienie, a niekiedy agresję. Te same cechy u facetów są cenione. Nie muszą boksować się z obowiązującym kulturowym stereotypem. Podczas gdy reżyser ma wizję i wie, czego chce, reżyserka jest „kłótliwą babą z fanaberiami”. Cały czas dostaję sygnały, że jestem kobietą. Na jednym z festiwali usłyszałam niedawno od jakiegoś chłopaka: A ja myślałem, że pani jest brzydka, gruba i w kapturze.

Anna Zamecka, fot. Przemek Dzienis, źródło: Aurora Films

K.B.: Nie wystarczy być dobrym reżyserem, trzeba być lepszym reżyserem od mężczyzny. Ale dzięki temu mamy w Polsce takie świetne reżyserki!

Na świecie też to obowiązuje?

K.B.: W mniejszym lub większym stopniu, ale tak, wszędzie są te same szklane sufity.  

Pytanie, co z tym robić?

K.B.: Działać, nie czekać z założonymi rękami. Nie mówić, że nic się nie da zrobić. 

A.Z.: Kiedy kilka lat temu mieliśmy problem z debiutami filmowymi, rozwiązaliśmy go  systemowo, z korzyścią dla kinematografii. Polskie kino wciąż ma problem z płcią i zgadzam się z Karoliną, że musimy działać i szukać choćby tymczasowych, ale systemowych rozwiązań na rzecz wyrównywania szans między twórcami i twórczyniami. Rzeczywistość nie zmieni się sama. 



Słowa kluczowe: Karolina Bielawska, Anna Zamecka, Mów mi Marianna, Komunia, film dokumentalny, kino kobiet

Karolina Bielawska – absolwentka Reżyserii Filmowej na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach oraz Szkoły Wajdy w Warszawie. Reżyserka fabularnych etiud filmowych oraz filmów dokumentalnych, które były prezentowane i nagradzane na wielu festiwalach w Polsce oraz za granicą. Ostatni film Mów mi Marianna zdobył dwadzieścia pięć nagród na festiwalach w Polsce i za granicą, między innymi w Krakowie, Locarno, Petersburgu, Barcelonie, Tel Awiwie, Kijowie, Lizbonie, Chicago, Los Angeles. Laureatka Nagrody Charlesa E. Guggenheima dla najlepszego debiutującego reżysera 2016 roku. Nominowana do Paszportów Polityki 2015 w kategorii „Film”.

Anna Zamecka – reżyserka, scenarzystka i producentka. Studiowała dziennikarstwo, antropologię i fotografię w Warszawie i Kopenhadze. Ukończyła Program Dokumentalny DOK PRO w Szkole Wajdy. Jej pełnometrażowy debiut Komunia zdobył wiele nagród na międzynarodowych festiwalach, w tym Grand Prix Tygodnia Krytyki na 69. MFF w Locarno i Nagrodę Polskiej Akademii Filmowej Orzeł 2017 dla Najlepszego Dokumentu oraz znalazł się na liście piętnastu filmów dokumentalnych rekomendowanych do Europejskiej Nagrody Filmowej 2017 roku.

Łukasz Maciejewski – filmoznawca, krytyk filmowy i teatralny. Członek Europejskiej Akademii Filmowej, Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych (AICT) oraz Federacji Krytyków Filmowych (FIPRESCI). Dyrektor programowy festiwalu „Kino na Granicy” w Cieszynie. Wykładowca na Wydziale Aktorskim w Szkole Filmowej w Łodzi oraz na Wydziale Nauk Humanistycznych i Społecznych Uniwersytetu SWPS. Autor wielu książek (Przygoda myśli [2009], Aktorki. Spotkania [2012], Wszystko jest lekko dziwne [2012], Flirtując z życiem [2013], Aktorki. Portrety [2015]), stały współpracownik kilkunastu czasopism, felietonista portalu Onet.pl, ekspert Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, telewizji HBO, stały komentator „Tygodnika Kulturalnego” w TVP Kultura. Laureat wielu nagród i wyróżnień dziennikarskich: między innymi statuetki „Uskrzydlony”, „Dziennikarskiej Weny” oraz „Złotej Róży” za „nową jakość w krytyce filmowej”. 

Wróć do poprzedniej strony

Wybrane wideo

  • O PROGRAMIE APF, dr Rafał Marszałek
  • Początki kina na ziemiach polskich, prof. Małgorzata Hendrykowska
  • Represje wobec kinematografii polskiej po wprowadzeniu stanu wojennego na...
kanał na YouTube

Wybrane artykuły