Artykuły

[w:] 50 lat Polskiej Szkoły Filmowej (DVD), Warszawa 2008

Do widzenia, do jutra

Marek Hendrykowski

Nawiązała się trwała nić sympatii i porozumienia. Po studiach reżyserskich w Łodzi Janusz Morgenstern został asystentem u Kawalerowicza i Jakubowskiej, potem drugim reżyserem u Wajdy, a świeżo upieczeni magistrowie sztuki Cybulski i Kobiela postawili na karierę sceniczną i w szerszym gronie pod wodzą reżyser Lidii Zamkow wyjechali z Krakowa z powrotem do Gdańska jako zespół Teatru Wybrzeże. Kruszał stalinizm, kultura i sztuka polska budziły się do życia. Działające w Trójmieście studenckie teatrzyki: najpierw (od 1953) Studencki Teatr Satyryków, a później (od 1954) Bim-Bom oraz teatrzyk rąk Co To, zakładali spragnieni marginesu twórczej wolności aktorzy, architekci i plastycy studiujący na wyższych uczelniach Gdańska i Sopotu. Stały się one wkrótce swoistym laboratorium młodej kultury.

Jedno po drugim powstawały zaskakujące oryginalnym wyrazem przedstawienia i programy kabaretowe i teatralne. Premiera goniła premierę. Grupa niezwykle uzdolnionych twórczych ludzi (wśród których byli: Jacek Fedorowicz, Tadeusz Wojtych, Tadeusz Chyła, Tadeusz Chrzanowski, Janusz Hajdun, Jerzy Afanasjew i wielu innych) stworzyła w Gdańsku i Sopocie żywe, pełne dynamiki środowisko intelektualno-artystyczne, którego oddziaływanie wykraczało daleko poza Wybrzeże. Tętniące życiem artystycznym Trójmiasto wkrótce stało się pierwszorzędnie ważnym centrum polskiej kultury. Dwie osobowości wysuwały się zdecydowanie na plan pierwszy: niekwestionowany lider tej grupy Zbigniew Cybulski i jego najbliższy przyjaciel Bogumił Kobiela. To właśnie z nimi dwoma zetknął się ponownie młody filmowiec Morgenstern, pełniący funkcję drugiego reżysera na planie filmu Wajdy. I to jemu osobiście zawdzięczali obaj swój aktorski angaż do Popiołu i diamentu.

Idea Do widzenia, do jutra zaczęła się stopniowo krystalizować w roku 1958, w przerwach zdjęć do Popiołu i diamentu. Przygotowujący się od jakiegoś czasu do reżyserskiego debiutu Janusz Morgenstern marzył o zrobieniu filmu nie o wojnie czy okupacji, lecz o współczesnej młodzieży, a jego bardzo ważnym i wręcz nieocenionym sojusznikiem w realizacji tych planów okazał się właśnie Zbigniew Cybulski. Zamówiony przez Morgensterna scenariusz Do widzenia, do jutra, napisany wspólnie przez Cybulskiego i Kobielę, trafił wkrótce do Zespołu Filmowego „Kadr". Niestety, oryginalny projekt natrafił na poważną biurokratyczną przeszkodę: jego autorami byli bowiem... aktorzy. Decyzję o skierowaniu filmu do produkcji odwlekano miesiącami. Sprawy potoczyły się szybciej od momentu, gdy Kawalerowicz i Konwicki poprosili o literacką asystę Wilhelma Macha, który jako pisarz zgodził się firmować na trzeciego cudzy scenariusz.

Latem 1959 roku ekipa ruszyła na zdjęcia do Gdańska i Sopotu. Kręcenie filmu z udziałem grona autentycznych postaci należących do tego środowiska, bądź też z nim zaprzyjaźnionych (Fedorowicz, Chyła, Wojtych, Bielicki, Polański, Komeda i inni), stało się ważnym wydarzeniem towarzyskim. W zamyśle tria pomysłodawców miała to być oparta na prościutkiej fabułce subtelna liryczna opowieść o miłości dwojga ludzi: utalentowanego artysty i młodej, zafascynowanej Polską, ślicznej cudzoziemki, która za kilkanaście godzin na zawsze wyjedzie za granicę. Pomysł filmu, na tle ówczesnego polskiego kina, był świeży i bardzo nietypowy. Obecność polityki i historii została w nim świadomie wyeliminowana. Liczyło się wyłącznie piękne jak marzenie, umierające w chwili narodzin, niespełnione uczucie pomiędzy Chłopakiem a Dziewczyną.

Trafne obsadzenie obu tych ról stanowiło klucz do sukcesu. W obsadzie aktorskiej nie było prawie żadnego zawodowca. Głównego bohatera Do widzenia, do jutra zagrał idol tamtych lat, owiany nimbem niedawnego oszałamiającego sukcesu w roli Maćka Chełmickiego Zbyszek Cybulski. On i drugi współautor scenariusza Bogumił Kobiela zawarli w swojej opowieści niepozbawioną osobistego sentymentu i nostalgii sumę własnych przeżyć i doświadczeń z pobytu na Wybrzeżu. Udział aktorski Cybulskiego w tym filmie z jednej strony był dla reżysera sprawą oczywistą, z drugiej jednak niósł w sobie pewne ryzyko konfrontacji z ikoną Maćka.

W roli Margueritte obsadził Morgenstern jedną z najpiękniejszych polskich aktorek wszech czasów, laureatkę zorganizowanego przez tygodnik „Przekrój" konkursu „Piękne dziewczęta na ekrany", pełną uroku Teresę Tuszyńską. Zjawiskowej urody dziewczynę poznali Cybulski i Morgenstern na zabawie w warszawskim liceum Batorego. Nie miała jeszcze osiemnastu lat, zgodę na jej udział w filmie musiała podpisać matka. Początkująca aktorka i Zbyszek Cybulski stworzyli razem jedną z najbardziej niezwykłych i niezapomnianych par w historii polskiego kina. Nie chodzi tu o sam styl gry aktorskiej, który miejscami pozostawia sporo do życzenia, lecz o emanację dwojga fascynująco pięknych osobowości i ich pełne uroku ekranowe spotkanie.

Postać Margueritte należała wprawdzie do świata fantazji, miała jednak swój stąpający po ziemi pierwowzór. W latach 1956-1960 w okazałej eleganckiej siedzibie w centrum Sopotu mieściła się ogrodzona wysokim parkanem placówka dyplomatyczna konsulatu Republiki Francuskiej. To właśnie córka konsula, piękna młodziutka Françoise (późniejsza Madame de Bourbon) była ową fascynującą cudzoziemką, która w ciągu roku szkolnego uczyła się w liceum w Wiedniu, ale wakacje i święta spędzała u rodziców w Sopocie. Korzystając z uroków polskiego lata, grała w tenisa na kortach Sopockiego Klubu Tenisowego, przyjaźniła się też z młodymi artystami Trójmiasta, odwiedzając od czasu do czasu studenckie kluby.

Filmowa opowieść o uczuciu Jacka i Margueritte ma w sobie lekkość podmuchu morskiej bryzy i urok wakacyjnego romansu. Aby stworzyć podobne wrażenie, należało powierzyć realizację zdjęć komuś, kto taki kameralny nastrój potrafi sugestywnie wykreować za pomocą kamery i światła. Idealnym wręcz operatorem filmu Morgensterna okazał się wybitny polski filmowiec (twórca zdjęć do Ostatniego dnia lata w reżyserii Tadeusza Konwickiego, 1958) Jan Laskowski. To on odkrył wcześniej filmowe walory polskiego morza, a tutaj dołożył do tych atutów kolejny: kunsztowne jazdy kamery włóczącej się wraz z bohaterami po Sopocie i Gdańsku.

Warto zwrócić uwagę na ów niedoceniony dotąd aspekt Do widzenia, do jutra. To film prekursorski w kinie nie tylko polskim, lecz również europejskim. Zapisał się w nim pewien charakterystyczny styl bycia, który wybitny socjolog kultury Walter Benjamin nazwał kiedyś w ślad za Charles'em Baudelaire'em „flaneurowaniem". Przez blisko półtorej godziny oglądamy więc na ekranie polsko-francuską parę młodych „flaneurów", spontanicznie oddających się przyjemności pozbawionego celu włóczenia się po wielkim mieście, odwiedzających różne jego zakątki i czerpiących autentyczną przyjemność z obcowania z kulturą i sztuką.

Odpowiednikiem tego stylu na ścieżce dźwiękowej stały się swingowo-jazzowe kompozycje Krzysztofa Komedy, zwłaszcza subtelnie wykonywany i transponowany motyw przewodni. Muzyka oddaje tutaj nostalgiczny nastrój rozstania w sensie dosłownym (nieuniknione rozstanie Chłopca i Dziewczyny) i przenośnym (pożegnanie z młodością i wyidealizowanym na kształt młodzieńczego wspomnienia Trójmiastem, które nie tak dawno opuścili Cybulski i Kobiela). Kto zechce, może w tym filmie doszukać się również pożegnania z duchem przemian Października. Pobrzmiewa w nim bowiem w niektórych scenach łabędzi śpiew daremnych nadziei i straconych złudzeń ówczesnego pokolenia młodej inteligencji na moment przed nadejściem małej stabilizacji. Fakt, że studencki teatrzyk Bim-Bom przestał istnieć w tym samym 1960 roku, w którym na ekranach kin pojawiło się Do widzenia, do jutra, ma w tym kontekście refleks czegoś symbolicznego.

Historia i polityka zeszły w filmie Morgensterna na dalszy plan, nie dały się jednak całkowicie wyeliminować. Szczyptę jednego i drugiego reprezentuje w Do widzenia, do jutra aranżowana na różne sposoby sytuacja spotkania dwu różnych światów, na którą składają się: dzieląca tych dwoje przepaść życiowego doświadczenia, bariera obcego języka, trudny dialog mało znających się osób i wreszcie daremne zbliżenie Wschodu z Zachodem. Aby rzecz cała mogła wypaść wiarygodnie pod względem językowym, należało zadbać o właściwe wykonanie kwestii wypowiadanych przez Margueritte. W sukurs Teresie Tuszyńskiej przyszła zaangażowana przez reżysera Eleonora Kałużyńska, której obcy (nie całkiem francuski, ale nie o to przecież chodziło) cudzoziemski akcent dobrze przysłużył się postaci.

Wysoki parkan oddzielający zachodni konsulat od reszty miasta, przy którym rozgrywa się parę scen Do widzenia, do jutra, pełni w tym filmie funkcję żelaznej kurtyny. Staje się on niemożliwą do pokonania granicą bezwzględnie dzielącą świat bohaterów na pół. To samo dotyczy kierunków geograficznych. Nie po raz pierwszy i nie ostatni kierunki geograficzne mają w świecie przedstawionym polskiego filmu wydźwięk geopolityczny. Uważny widz nie przeoczy nocnej sceny na plaży, w trakcie której Margueritte ni stąd, ni zowąd pyta Jacka „gdzie jest wschód?", chwilę później sama przypominając mu o tym, iż należy do innego niż on świata i całe swoje życie przeżyła po przeciwnej stronie.

Twórcy Do widzenia, do jutra mierzyli wysoko. Nie chodziło im bynajmniej o łzawy melodramat, lecz o coś więcej. Jak określił to Zbigniew Cybulski: „marzenie, które stanowi motor działania". Jak słusznie przypomina Łukasz Maciejewski, tę na wpół baśniową historię o pełnej lirycznego wdzięku miłości Jacka i Margueritte łączy wiele z Małym Księciem i Różą, których wcześniej powołała do życia wyobraźnia Antoine'a de Saint-Exupéry'ego. Nie chodzi tu o żadną nadinterpretację. Wprost przeciwnie. Bezpośrednie odwołanie do Małego księcia pojawia się wprost w paru kwestiach dialogowych wypowiadanych przez oboje bohaterów. Tamten mit niewątpliwie pomógł wykreować nowy, dając szansę na filmowy zapis niezwykłego fenomenu polskiej kultury, jakim było przez pewien czas środowisko studenckie i artystyczne Wybrzeża z galerią jego nieprzeciętnych osobowości.

Oficjalna premiera Do widzenia, do jutra odbyła się 25 kwietnia 1960 w Warszawie, ale prawdziwy triumf miał miejsce w gdańskim Żaku, gdzie na pokazie zjawiła się śmietanka towarzyska Trójmiasta. Po wejściu na ekrany film Morgensterna nie wzbudził większego zainteresowania ani w środowisku filmowym, ani wśród szerokiej widowni. Nic dziwnego. Pojawił się w okresie niełaskawym dla naszego kina, na moment przed frontalną rozprawą władz politycznych z Polską Szkołą Filmową. Jak wspomina reżyser: „Recenzje były letnie. Mój film unikał gromkich haseł, nie był w centrum ówczesnego konfliktu ideologicznego. Proponował inne spojrzenie, otwierał się na współczesność, po nim pojawili się Niewinni czarodzieje Wajdy, a wkrótce potem pierwsze filmy Polańskiego i Skolimowskiego".

Debiut reżyserski Janusza Morgensterna należy do najbardziej oryginalnych polskich filmów końca dekady lat 50. Nie stał się on wielkim sukcesem w kraju. Poznała się za to na nim zagranica, czego świadectwem jest zarówno nagroda za reżyserię dla Janusza Morgensterna na prestiżowym Stratford Festiwal of Canada (1961), jak i Srebrny Bumerang za najlepsze zdjęcia dla Jana Laskowskiego na MFF w Melbourne (1961). Dziś widać, że Do widzenia, do jutra było na swój sposób dziełem przełomowym dla dalszej drogi rozwoju naszego kina.

Wróć do poprzedniej strony

Wybrane wideo

  • O PROGRAMIE APF, dr Rafał Marszałek
  • Polska Szkoła Filmowa - geneza, rozwój i przedstawiciele, prof. Alicja Helman
  • „Zimowy zmierzch” i „Zagubione uczucia” jako przykłady Odwilży w...
kanał na YouTube

Wybrane artykuły