Artykuły

„Wiadomości Literackie" 1937, nr 44


Dybuk

Stefania Zahorska

W tej przestrzeni, która dzieli teatr od filmu, i w tej swobodzie, którą per fas et nefas zdobył sobie film w stosunku do koncepcji pisarzy, może się zmieścić i wielokrotnie mieści się zmiana stylu, zmiana ujęcia i formy. Nie trzeba było nawet koniecznie Dybuka odromantyzowywać. Można było ewentualnie zmienić jedynie sam gatunek romantyzmu. Można było zrobić to tym łatwiej, że za podstawę posłużył temu filmowi nie tylko sam dramat teatralny, nie tylko jego polska reżyseria, ale i słynna reżyseria Wachtangowa w Habimie.

W sfilmowanym Dybuku specyficzny i żydowski jest sam temat. Żydowski jest folklor z ghetta. Żydowska jest specyficzna odmiana średniowiecznych wierzeń o wcielaniu się dusz, choć w zasadzie oczywiście wspólna niemal wszystkim ludom. Żydowski jest język filmu i żydowskie akcesoria dramatu, jeszybot, bóżnica itp. I na tym odrębność się kończy.

Zestawienie tego żydowskiego Dybuka z filmem polskim i stwierdzenie, że jest ten sam trochę napuszony i trochę tandetny romantyzm, który pokutuje w „stylu” filmów polskich – to by jeszcze nie było nic ciekawego. Ciekawsze jest dobrać się do pierwszych, podstawowych pierwowzorów tych filmowych wzlotów, do tych obrazów, które zagnieździły się w wyobraźni twórców i które nadają kierunek ich filmowym realizacjom, dlatego że tkwią w nich, że na nich wyrośli, że poza nie i ponad nie nie są w stanie wyjść. I wtedy można dostrzec, że cmentarz żydowski zrobiony jest na obraz i podobieństwo Grottgera, że trochę przypomina cmentarz namalowany ongi przez Podkowińskiego, wtedy można dostrzec niezmierne podobieństwo żydowskiej dziewicy do typów Matejki, jeśli już nie do pewnego obrazu Męciny Krzesza. Wtedy okaże się, że żydowski rabbi w swym obecnym Dybukowym wcieleniu niezmiernie przypomina Guślarza z Dziadów, tak jak go ongi jeszcze w teatrze Kotarbińskiego grał Jednowski, że Lea snuje się po scenie jak snuły się po wszystkich polskich scenach „Żony” z Nieboskiej, że nieruchomy patos Dybukowego ducha opiera się na wszystkich „duchach” polskiego teatru, że Chonen gra jak Węgrzyn, że nawet taniec żebraków, choć wzorowany na Habimie, jest nie tylko nieporównanie gorszy, ale i całkowicie inny, z innego „ducha” poczęty.

Nie widzę w tym oczywiście nic złego i godnego zarzutu. Że film jest zły, że pozostawia po sobie mdły osad patetycznego kiczu, że wszystkie tradycje, na których się oparł, nie doprowadziły do ani jednej naprawdę dobrej sceny, że nie jest godzien wędrówki za granicą i reprezentowania czegokolwiek – to jest całkiem inna sprawa. I w tym wypadku nawet nieważna. Ważniejsze wydaje się to, że w tym dominowaniu polskich tradycji w żydowskim filmie zawarta jest złośliwa odpowiedź dla separatystów i „autarkistów” wszelkiego typu. Może właśnie tym złośliwsza, że poziom filmu jest niski, że jest on odpowiednikiem wybujałych indywidualności twórczych, że odkrywa pewną przeciętną i szablonową strukturę wyobraźni. Wymowa tego szablonu i tej przeciętności jest jasna – wskazuje na nieuchronne przenikanie wartości.

Stefania Zahorska

Wróć do poprzedniej strony

Wybrane wideo

  • O PROGRAMIE APF, dr Rafał Marszałek
  • Polska Szkoła Filmowa - geneza, rozwój i przedstawiciele, prof. Alicja Helman
  • Polskie kino po 1989 roku
kanał na YouTube

Wybrane artykuły