Artykuły

„Kino” 1981, nr 7


Filozofia bomby

Maria Janion

Film Agnieszki Holland Gorączka jest ewenementem w polskim kinie – z rozmaitych powodów. Przede wszystkim jednak dlatego, że w sposób okrutny i bezwzględny podejmuje i do ironiczno-tragicznego końca doprowadza „filozofię bomby”. Scenariusz do filmu napisał Krzysztof Teodor Toeplitz na podstawie Dziejów jednego pocisku Andrzeja Struga. Aż dziw bierze, że tak długo powieść Struga czekała na swoich odkrywców w naszej epoce. Ale to zapoznanie, pomijanie, niezauważanie daje się przecież wytłumaczyć.

Problem przemocy i terroru, podstępu i zdrady „sprawiedliwie" użytych w celu zgładzenia tyrana i zaborcy to jeden z wielkich utajonych problemów nowożytnej kultury polskiej. Norwid chełpił się: „Żaden król polski nie stał na szafocie"; Prezes w Kordianie błagał konspiratorów zgromadzonych w podziemiach katedry św. Jana w Warszawie: „Niech myśl młodych ciemnicy nie przestąpi proga. Niech spisek z czarną twarzą na świat nie wychodzi. Bo tam na świecie białym błyszczy Boga słońce”. Kontrast czerni i bieli, ciemności i jasności ma tu wyraźne zabarwienie moralne i został spożytkowany dla uwydatnienia etosu polskiego w rozumieniu Prezesa. Doktryna „de caede tyranni" – o zabiciu tyrana, o warunkach, koniecznościach i możliwościach mordu politycznego – rzeczywiście w dawnej Polsce, nie tak jak w innych krajach Europy, nie znajdowała zastosowania. Zapędy absolutystyczne królów były skutecznie ograniczane prawem, bez uciekania się do środków ostatecznych. Jeden z nielicznych zamachowców starej Polski, niejaki Piekarski, który z obuszkiem rzucił się na Zygmunta III w przejściu między Zamkiem a Katedrą, pozostawił po sobie nieszczęsną sławę wariata oraz idące przez wieki powiedzenie-przysłowie: „Plecie jak Piekarski na mękach".

Ale wszystko się zmieniło wraz z upadkiem niepodległości. Niemcewicz, którego zawsze widzimy jako „starego”, a więc i przezornego oraz rozważnego, wspominał te czasy z nieoczekiwanym bólem i szałem. „I na cóżeśmy – biadał – z dzieciństwa naszego patrzali, na zdrady, podstępy, obelgi, naigrawania i najboleśniejsze krzywdy. Jak szczęśliwi są ci świata mieszkańce, co nie doznali, jak Polacy, okropnych krzywd ojczyźnie ich zadanych; wolnymi są od najprzykszejszej szlachetnemu sercu namiętności, od namiętności, mówię, nienawidzenia”. Ohydna to konieczność, upokarzająca. Drugi dla nas dziś symbol starczego umiarkowania, książę Adam Jerzy Czartoryski, napisał po upadku powstania kościuszkowskiego Barda polskiego. Obłąkany po rzezi Pragi starzec wyrzuca Katarzynie II, że jej okrucieństwa wobec Polski sprawiły, iż utracił wiarę w Boga.

Nad tą przepaścią waży się przecież i Konrad w Wielkiej Improwizacji. Religijno-filozoficzna teodycea-uzasadnienie Boga w Polsce doznaje osobliwego uzupełnienia: oskarża się Najwyższego Twórcę Dobra o dopuszczenie do zła – do rozbiorów Polski i żąda zdania rachunku. „Zbrodnia rozbiorów”, o której tak jasno i bezwzględnie pisał Joseph Conrad, okrutna, niczym nieuzasadniona przemoc zaborców sprawiły, że pojawili się w naszym kraju ludzie obłąkani po stracie ojczyzn, ludzie marzący o zemście doskonalej, chwytający się broni, podstępu i skrytobójstwa. Bolesność rozdzierających ich konfliktów do dzisiaj czyni wstrząsające wrażenie. Mieszają się nam literackie postacie ze sprawcami historycznych czynów. Konrad Wallenrod, Kordian, Antoni Berezowski, powstaniec 1863 roku, na wygnaniu w Paryżu próbował zamachu na cara Aleksandra I (jego dzieje opisał Jan Józef Szczepański we wspaniałej dylogii: IkarWyspa), zamachowcy z Organizacji Bojowej PPS... Najsilniej przeżywają oni tak znamienny dla kultury polskiej dylemat etyczny: rozdarcie między wpojoną, wyznawaną moralnością rycerską a praktyczną koniecznością podstępną mordowania, między chrześcijańskim nakazem miłości a  niepohamowaną żądzą zemsty. Otwiera się przed nami typowo polski pochód męczenników moralności, rycerzy, których białe pióropusze zostały zbrukane, ciśnięte w błoto przemocy. I wreszcie Strug użyje w Dziejach jednego pocisku zwrotu „rycerze-skrytobójcy". Ironiczne to? tragiczne? czy jedno i drugie razem?

W powieści Struga po niedokonanym zamachu na gubernatora w Warszawie Leon – ten „niezłomny i niedostępny dla ludzkich wzruszeń człowiek” – opowiada Kamie o

- 6 -

potworności ich, bojowców-terrorystów profesji. „My-narzędzia, machiny do ciskania bomb. szpiegi podkradające się chyłkiem pod wroga, rycerze nocy... Tak o nas mówią – a zresztą ... Czyż wszystko jest piękne, romantyczne w naszej walce? Czy wszystko już okupi i zmoże stryczek, który nas nie minie, lub katorga? Czy nie ma strasznych, obrzydliwych konieczności, przed którymi wzdrygnie się normalny, uczciwy człowiek? A nam się cofnąć nie wolno!”

Znamienne, że po tym wyznaniu Leona Kamę nagle nurtują doznania i otaczają fantazmaty, których przedtem nie znała – „poczuła się opasaną przez oślizgłe zwoje zimnego gada”, dojrzała czołgających się i skradających po nocy „czarnych ludzi” – „ukochane postacie towarzyszów walki”. Jesteśmy w znajomej krainie zwidów, nękających naszych niezłomnych bojowników. O zatruciu duszy Konrada Wallenroda mówi się w jednej z rozległych metafor, która odzwierciedla również niszczącą siłę decyzji bohatera:

Straszliwa żmija wkradła się do sadu,

A kędy piersią prześliznie się błędną,

Usechną trawy i róże uwiędną,

I będą żółte jako piersi gadu!

W kontekście czynu strasznego, trudnego do spełnienia pojawiają się „węże”, „żmija” i „sfinksy” w Kordianie. Przed sypialnią carską Strach ostrzega kandydata na carobójcę:

Rozgniotłeś węża pod sobą

Pękła żmija.

Leon z powieści Struga poznał do końca ohydę kondycji bojowca. Powraca marzenie romantycznych poprzedników o rycerskiej walce z otwartą przyłbicą, na ubitym polu, w pełnym słońcu. Ale czy można i jak można pójść za tym marzeniem? „Bądźże rycerzem i miej tu znamię chwały na czole. Noś w sercu radosny, mężny zapał... Ponura nasza walka, ciężki brud – ta nasza krwawa robota – a nasza śmierć? Na polu bitwy umiera rycerz, grzmią mu armaty, tętnią konie – widzi, kiedy się dźwignie z kałuży własnej krwi, olbrzymi obraz ścierających się mas z tym obrazem w duszy odejdzie... A my? Sponiewierają nas w brudnym cyrkule, będzie nam pluł w oczy byle szpicel. Potem czekaj. Będą cię kusić, będą w tobie hodować podłość – czynić będą wszystko, żebyś sam sobie obrzydł... Mówi się, że prowokator – to prowokator, że to tylko podły człowiek. Ejże, nie... Niejeden z tych, co zdradzili, zginąłby bez wahania jako rycerz w pięknym, łatwym boju rycerskim. A u nas trudno. U nas ponuro”. Skrajna idealizacja średniowiecza wspomaga wizję wzniosłego piękna Rycerza Dnia przeciwstawionego miałkiej brzydocie Rycerza Nocy – w wyobraźni i w życiu bojowca sprawdza się ten banalny kontrast. Tym bardziej że Rycerzowi Nocy zawsze i wszędzie towarzyszy jak nieodzowny cień, jak niezbywalny sobowtór – szpicel i prowokator.

Ale tym silniej kształtuje się i wyrabia poczucie misji, misji tragicznych zbawców, biorących na siebie ciężar nie do udźwignięcia dla innych. „My podjęliśmy cały ciężar – my wytrzymujemy wszystko i wytrzymamy wszystko, aż do samego końca". Robią to z własnej woli, dla innych, za innych, w imieniu innych – nie pytając tamtych, czy życzą sobie, by tak za nich działano. Wyznanie Leona w powieści Struga odsłania bezmiar samozwańczej pychy rewolucyjnych Atlasów. Można w tym duchu mówić i czynić wtedy, gdy się ma w sobie poczucie absolutnej prawdy.

Ujawnia się ono silnie w filmowej, kanonicznej dla kultury polskiej, rozmowie między Synem a Ojcem, między Leonem a jego rodzicem, między romantyczno-rewolucyjnym fanatykiem a pozytywistyczno-serwilistycznym ugodowcem. Oświadczając, że woli siedzieć w Cytadeli niż w „waszym wychodku" i wyrzucając ojcu, że w kloace hoduje kwiatki pozytywizmu, filmowy Leon parafrazuje zwroty ze słynnego listu Piłsudskiego do Feliksa Perla pisanego w r. 1908 bezpośrednio przed akcją pod Bezdanami: „Walczę i umrę jedynie dlatego, że w wychodku, jakim jest nasze życie, żyć nie mogę, to ubliża – słyszysz! – ubliża mi jako człowiekowi z godnością nie niewolniczą. Niech inni się bawią w hodowanie kwiatków czy socjalizmu, czy polskości, czy czego innego w wychodkowej (nawet nie klozetowej) atmosferze – ja nie mogę!".

Podobny bezkompromisowy fanatyzm jedynej prawdy dany jest tylko nielicznym. Toteż nic dziwnego, że w powieści Struga Kamie wydaje się, iż „słyszy głos jakiejś potwornej nadludzkiej i nieludzkiej istoty". Leon jest Bogiem rewolucji, tym, który posiadł jej absolut. Tak zresztą jak w filmie Holland, w którym ów stan poświadczają „oczy uroczne" Olgierda Łukaszewicza.

Te utajone tragiczne postacie polskich dziejów, polskiego podziemia, ci bohaterowie

- 7 -

literaccy oraz historyczni, których skazę albo starannie ukrywano, albo też osłaniano uzasadnieniem „miłości do ojczyzny” albo „miłości do rewolucji”, nagle pokazały się w polskich filmach. Co ciekawsze filmy owe nie wyszły bynajmniej z jakiejś jednej szkoły albo z jakiegoś wspólnego środowiska. Mam tu na myśli Wyrok śmierci Witolda Orzechowskiego, W biały dzień Edwarda Żebrowskiego i właśnie Gorączkę. Snują się one wokół morderstw politycznych, zamachów akowskich i pepeesowskich na szpiegów, konfidentów, generał-gubernatorów, funkcjonariuszy Gestapo i SS; tworzą nieoczekiwanie osobliwą polską „trylogię terrorystyczną”. Sekwencja terrorystyczna odsłania wstydliwy związek polityki i moralności. Wstydliwy, bo przyzwyczajeni jesteśmy do romantycznej deklamacji, że prawdziwa polska polityka kieruje się moralnością. Ale zapominamy wówczas, że już wewnątrz romantyzmu tkwił tragiczny dylemat, jakkolwiek by się to nazywało zdrady moralności w imię polityki. Wszystkie wymienione filmy ten dylemat wywlekają na jaw z całą bezwzględnością.

Niezamierzona przynależność do tej „trylogii” nie odbiera bynajmniej dziełu Agnieszki Holland znamion prawdziwej oryginalności. Wszystko jest w nim zaskakujące – poczynając od napisu wyjaśniającego przed filmem, niczego on nie zataja, nie kamufluje. Przeciwnie – wprost wyrąbuje się w nim swoiście dokumentalną prawdę filmu: że akcja toczy się w latach 1905-1907 i że opowiada o członkach Organizacji Bojowej PPS. W filmach, a co więcej w książkach przez wiele lat było o nich głucho. Toteż od razu to proste historyczne wyjaśnienie powoduje poruszenie w widzu. I to, co dalej następuje, jest również poruszające. Trafnie film nazywa się – Gorączka. Myślę, że nie tylko dlatego, by zaznaczyć w ten sposób odstępstwo od powieściowego pierwowzoru. Myślę, że przede wszystkim dlatego, iż opowiada „dzieje jednego pocisku” w aurze gorączki, szału i szaleństwa, krwi i mordu. Jest to film brutalny, okrutny, po prostu – „dziki”. A zarazem w tej swej przerażającej i porywającej dzikości – nadzwyczaj precyzyjny, jakby zimny. Używam słowa „zimny", a powinnam użyć innego: jest to po prostu film niesentymentalny. To nadzwyczaj rzadkie w filmie polskim, stąd trudność znalezienia właściwego określenia.

Prawdę mówiąc, w ogóle nie podejrzewałam. że u nas jest możliwy taki film. Nie pozwalały go przeczuwać poprzednie utwory Holland, były to czasem trochę naiwne opowiastki moralistyczne. Między nimi a Gorączką rozciąga się po prostu przepaść. Nic niemal nie zapowiadało tej stylistyki, zresztą jakże różnej od stylistyki Struga, który używa najczęściej patosu i ironii szkoły młodopolskiej, czyli właśnie – tak czy inaczej – jakości te zabarwione są u niego sentymentalnie. Holland posługuje się stale tragicznymi i ironicznymi brutalizmami. Wszystkie zachowania ludzkie są w niej zmysłowe, wręcz erotyczne. Nie widziałam filmu, w którym w taki naoczny sposób ukazano by erotyzm terroryzmu, czekanie na śmierć jak na orgazm. Idziemy od jednego wstrząsu do drugiego. Wymienię brutalizmy, posługując się zwrotem „akt” – najlepiej on chyba bowiem oddaje bezlitosną, fotograficzną niemal precyzję, tę jedność gorączkowego ruchu i chwilowego unieruchomienia, akt terrorystyczny, akt erotyczny, akt obłędu, akt morderstwa, akt wyroku śmierci przez powieszenie, akt udeptania sołdackimi buciorami ziemi na trupie powieszonego.

Nic nie zostało zamazane, zniwelowane, złagodzone. Zaborcy w Warszawie mówią tak, jak mówili: po rosyjsku. Obce mundury, obcy język, obca i wroga obecność w Warszawie w całej swej jaskrawości. Nie ma udawania, nie ma rozmywania konturów. Ujawnia się tu w pełni oryginalność Agnieszki Holland, wybitnej indywidualności odznaczającej się w Gorączce własnym charakterem pisma filmowego.

Jeden z rozdziałów swej słynnej książki Terroryzm Walter Laqueur zatytułował Filozofia bomby. To wspaniały odpowiednik eseistyczny Dziejów jednego pocisku Struga i Gorączki Holland. Najważniejszy fantazmat terrorysty odsłania estetyczny i etyczny, miłosny stosunek do bomby. Jeden z opisanych przez Laqueura anarchistów, Johann Most, marzył o unoszących się lekko w powietrzu balonach, aeroplanach, z których można by zrzucić bombę na cara czy cesarza przyjmującego właśnie paradę wojskowy. Wysiłek myśli technicznej służyć miał jak najskuteczniej wykonaniu wyroku śmierci na tyranie. W Gorączce już od samego początku uwidacznia się artyzm, osobliwy zmysł estetyczny i teatralny terrorystów. Saint-Just utrzymywał, że wszystkie sztuki wytworzyły swoje cuda, jednak

- 8 -

sztuka rządzenia wyprodukowała jedynie potwory. A sztuka niszczenia rządów?

W czołówce filmu gra na flecie towarzyszy precyzyjnemu fabrykowaniu bomby – bomby specjalnej, wyjątkowej, bomby „dla cara”, gdyż nie warto marnować czegoś tak doskonałego na byle czynownika. Jak w Pieśni Feliksa z III części ,,Dziadów”   pracuje się uporczywie nad najdoskonalszym narzędziem sprawiedliwego wyroku. Chemik, konstruktor bomby, nie rozumie wiele z socjalizmu, ale uważa, że „zabić zło bombą to takie piękne". To jest właśnie filozofia bomby, filozofia sztuki bomby.

Bomba od początku aż prawie do końca filmu Agnieszki Holland jest jego milczącą bohaterką, wszystkich bojowców pociąga jej fatalistyczne piękno, wszystkim im przynosi nieszczęście, ale nikogo to do niej nie zraża. Wszyscy się do niej czule i skrycie uśmiechają, tulą do siebie, obdarowują – ostrożnie – pieszczotą. Wszyscy chcą ją posiadać, dotykać jej, marzyć o niej i użyć jej. Jej wybuch spowoduje prawdopodobnie śmierć jej właściciela lub właścicielki. Będą to jednak dwie śmierci, takim życiem obdarzona jest bomba w Gorączce.

Prawdę mówiąc, to ona, bomba, staje się właścicielką terrorysty. W filmie ów dziwaczny związek został wspaniale pokazany i ujawniony. Od bomby wszyscy popadają w gorączkę, ona kieruje ich krokami, ona wyznacza bieg życia i śmierci. To jest prawdziwe panowanie bomby nad ludźmi. Rozmowa między Leonem a Kamilem po niedokonanym zamachu obnaża instrumentalny stosunek do osoby – do pięknej rewolucjonistki, Kamy, która miała rzucić bombę na gubernatora z odległości pięciu kroków, oraz osobowy do instrumentu – do bomby. Taka jest inwersja i perwersja terrorysty.

W bombie z Gorączki, tak zresztą jak i z Dziejów jednego pocisku – ukrywa się porażająca siła ironii tragicznej, która zawsze w jakimś momencie musi zawisnąć nad polskim losem. Tak i tutaj. Przez film przewija się od początku i nabiera coraz większego znaczenia dziwaczna postać – w świetnej kreacji Bogusława Lindy. To Gryziak, bandyta, anarchista, wolny człowiek. Głosi przeświadczenie, że połowę ludzi trzeba wyrżnąć, a reszta będzie szczęśliwa. On doprowadza do skrajnej ostateczności filozofię bomby, on jest jakby krzywym zwierciadłem bojowców z PPS – i on wreszcie rzuca bombę, która nie wybucha.

Bo przebiegały w niej jakieś procesy, bo coś – jak pisał Strug: ,,się czyniło tam w środku, w tajemniczym wnętrzu, gdzie czaiła się piorunująca śmierć”. Autor Dziejów jednego pocisku znajdował wytłumaczenie w osobliwej, jakby z natury wypływającej mistyce rewolucji. „Konała rewolucja, konała w pocisku siła. Omdlewała moc w duszach, wysuwała się z ręki broń! Oto wszystko”. Inaczej jest w filmie Holland. Przez jego całość przebiega nić tragicznej ironii. I właśnie przez nią, przez tę siłę losu bomba nie może być użyta, a gdy już zostaje użyta, nie wybucha. Zostaje rozbrojona przez rosyjskiego oficera, wypuszcza z siebie jadowity syk. Wrzucona do Wisły wybucha i gaśnie w wodzie; towarzyszy temu wydarzeniu zachwycone „urraaa” żołnierzy rosyjskich – pod czerwonymi murami Cytadeli.

Cóż pozostaje? Szara woda, drzewa we mgle, melancholijny smutek polskiej rzeki, nad którą przetaczają się nawoływania rosyjskich żołnierzy. Ten wspaniały finał filmu zawiera w sobie całą ironię dziejów pocisku, ale zarazem przez tajemniczość rzeki zawisa nad nim wielka zagadka, wielki znak zapytania.

Wrak bomby spoczywa na dnie Wisły, w pobliżu Cytadeli, zbudowanej po zdławieniu powstania listopadowego przez cara Mikołaja I, który w roku 1835 oświadczył delegacji polskiej: „Kazałem tu zbudować Cytadelę aleksandrowską i oświadczam wam, że przy najmniejszym zaburzeniu każę miasto zbombardować. Zburzę Warszawę i z pewnością nie ja ją odbuduję”. Cytadela... Czyż nie jest to wieczne miejsce, o którym pisał Norwid w Pieśni do ziemi naszej.

 

Tam, gdzie ostatnia świeci szubienica,

Tam jest mój środek dziś – tam ma stolica,

Tam jest mój gród.

 

I to jest miejsce Agnieszki Holland.


Wróć do poprzedniej strony

Wybrane wideo

  • O PROGRAMIE APF, dr Rafał Marszałek
  • Polska Szkoła Filmowa - geneza, rozwój i przedstawiciele, prof. Alicja Helman
  • Recepcja stalinizmu w polskim kinie
kanał na YouTube

Wybrane artykuły