Artykuły

„Kino” 1981, nr 5, s. 13-14

Mój film: Jak daleko stąd, jak blisko

Klemens Szaniawski

Prof. dr hab. Klemens Szaniawski, filozof, logik, kierownik Zakładu Logiku Instytutu Filozofii i członek Senatu Uniwersytetu Warszawskiego. Przewodniczący Towarzystwa Filozoficznego.

Wybrałem ten film, ponieważ nie rozumiem, dlaczego wywarł na mnie tak wielkie wrażenie. Powinien był wzbudzić niechęć, jest bowiem utrzymany w poetyce snu, którą odczuwam jako coś w rodzaju szalbierstwa, jako próbę wymknięcia się spod osądu wedle stosunkowo jednoznacznych kryteriów. Wyraźna struktura fabularna upoważnia odbiorcę do zadawania reżyserowi pytań o konsekwencje,
o zgodność z rzeczywistością, a przynajmniej o prawdopodobieństwo tego, co opowiedziane. Być może, iż są to pytania prymitywne, nieuwzględniające metaforycznej funkcji obrazu filmowego. Jednak reżyser, który buduje swoje dzieło w sposób mniej więcej tradycyjny, musi się liczyć z tym, że będą mu one zadane. Podejmuje zatem ryzyko, które trzeba zapisać na jego dobro.

Powiada się, że i sen ma swoją logikę, która ogranicza dowolność narracji. Być może, tylko jaka ona jest – ta logika? Zapewne zmienna w zależności od osoby, a w każdym razie bardzo niesprecyzowana. Film podlegający takiej tylko logice uzurpuje sobie wobec widza przywilej suwerenności. To tak, jakby reżyser powiedział: „Kieruję się regułami, które z reguły usprawiedliwiają wszystko, co zrobię; jeśli rezultat ci się nie spodoba, będzie to świadczyło jedynie o niedostatkach twej wyobraźni”.

Przesadzam oczywiście, chcę jednak przedstawić swoją trudność. Film Konwickiego „nie miał prawa” mi się podobać, a w istocie stanowił jedno z większych przeżyć, jakie dało mi kino. Dlaczego? Obejrzałem go po latach powtórnie i odpowiedź zaczyna mi się zarysowywać.

Główny powód jest chyba następujący. Konwicki pokazał, w jaki sposób myślimy o własnej przeszłości, a to jest rzecz niezmiernie trudna, w pewnym sensie niemożliwa. Niemożliwe jest bowiem to, co usiłujemy zrobić: stać się choć na chwilę sobą w czasie minionym. Każda próba okazuje się przeniesieniem w przeszłość siebie dzisiejszego. Jakżeby mogło być inaczej bez zatraty poczucia tożsamości? Kiedy na przykład myślę o swoim dzieciństwie, to widzę chłopca, którego rysy i nieco dziwaczny ubiór przypominają mi nieliczne zachowane fotografie. Wiem o nim bardzo dużo, pamiętam niektóre jego przeżycia. Ale jest to wiedza teoretyczny, niejako zewnętrzna. Wiem, że to jestem ja wcześniejszy o dziesięciolecia, ale ów chłopiec nie staje mi się przez to o wiele bliższy niż jego rówieśnicy, których także pamiętam.

Otóż tak to właśnie wygląda u Konwickiego. Bohater jego filmu jest przez cały czas sobą, w swoim współczesnym ubraniu,

– 13 –

w prochowcu, pod którym ukrywa pistolet maszynowy: za 86 minut wykona rozkaz wydany ćwierć wieku temu, zabije człowieka. To on – z siwiejącymi skroniami – przeniesiony zostaje w świat dzieciństwa, spotyka nieżyjącego przyjaciela, przebywa w nieistniejących już krajobrazach.

Rzecz nie sprowadza się do zewnętrznego sztafażu. Ten człowiek jest z końca lat sześćdziesiątych, zachowuje całą smutną wiedzę będącą jego doświadczeniem życiowym. Sprawia to przejmujące wrażenie. Szczególnie zapadła mi w pamięć scena, gdy pochyla się nad swym umierającym – kiedyś
i gdzieś – ojcem i mówi do niego: „Żyjemy, ojcze, w czasie wielkiego kryzysu”, a ów praesens, to nasz czas dzisiejszy. Reżyser nie pozwala zapomnieć o tym, że jego bohater zna ciąg dalszy sielankowego dzieciństwa. „Będzie wielka wojna i zastrzelą cię”. Te znaki dzisiejszej świadomości każą ustawicznie pamiętać, że narracja u Konwickiego nie jest obrazem przeszłości, tylko męczącą, skazaną na niepowodzenie próbą ukrycia się w niej.

Właśnie ukrycia. Bo to jest obraz pełen tęsknoty za czasem dzieciństwa i pierwszej młodości. Zjawisko znane, stanowiące od dawna materię sztuki, ale wzruszająco w tym filmie splecione z pamięcią
o świecie, który dawno uległ zagładzie. Kresowa koegzystencja kultur: ślub prawosławny, pogrzeb żydowski, katolicka procesja... Malarskość tych scen, ich nastrój zaciszności, prowincji. Bardzo piękne zdjęcia Jahody, a wśród nich słynny już motyw spadającego Żyda, mieniącego się jaskrawymi barwami czerwieni, fioletu. Projekcja dziecięcego lęku: „unoszony przez diabłów za grzechy w straszną nicość”.

Skoro nie piszę recenzji, tylko zastanawiam się nad własnym odbiorem filmu, wolno mi chyba dodać parę słów o pokoleniowej wspólnocie przeżyć. Losy nas wszystkich, którzy w latach wojny stawaliśmy się w przyspieszonym tempie dorosłymi, były w gruncie rzeczy podobne. Nie jest istotne, czy rozgrywały się na tle rojstów, czy warszawskiej ulicy. Wszyscy kochaliśmy się w łączniczce Musi i każdy miał przyjaciela Maksa, który po wojnie popełnił samobójstwo z przyczyn zagadkowych,
a nieuniknionych. Wreszcie, po latach, każdy przeżył swoje pożegnania na Dworcu Gdańskim, zaznał ich gorzkiej nieodwracalności, wypowiadał słowa, w które im nie wierzy: „Świat jest mały, na pewno się zobaczymy”. Takie są ostatnie sceny filmu, chociaż one go otwierają. Upłynęło od pożegnań ponad dziesięć lat.

Uprzytomniłem sobie w tej chwili, że założyłem wiedzę czytelnika o przedmiocie, jego znajomość utworu, o którym piszę. Jest to prawdopodobnie założenie fałszywe. Pokierowano sprawami tak, żeby o filmie Jak daleko stąd, jak blisko można było rze : „przecież był wyświetlany”. Ale też tylko tyle. Myślę, że nadszedł czas, by przywrócić polskiemu widzowi to wybitne dzieło polskiej kinematografii.

Klemens Szaniawski

JAK DALEKO STĄD, JAK BLISKO. Reż.: Tadeusz Konwicki. Zdj.: Mieczysław Jahoda. Muz.: Zygmunt Konieczny. Wyk.: Andrzej Łapicki, Gustaw Holoubek, Maja Komorowska, Ewa Krzyżewska, Edmund Fetting i in. Prod: Zespół „Plan”, Polska 1971.

– 14 –

Wróć do poprzedniej strony

Wybrane wideo

  • O PROGRAMIE APF, dr Rafał Marszałek
  • Kształtowanie się rynku filmowego w Polsce na początku lat 90., dr Kamila...
  • Kino polskie po I wojnie światowej
kanał na YouTube

Wybrane artykuły