Artykuły

„Kino” 2012, nr 11

Pan Tadeusz 1928 r.

Piotr Śmiałowski


Na początek kilka faktów i anegdot z zamierzchłej przeszłości. Produkcja „Pana Tadeusza” z 1928 roku w reżyserii Ryszarda Ordyńskiego od samego początku zapowiadała się jako największe wydarzenie ówczesnej polskiej kinematografii. Szum wokół filmu wywoływały przede wszystkim trzy sprawy: przenoszono na ekran epopeję Adama Mickiewicza, budżet produkcji opiewał na pół miliona złotych (dla porównania – samochód kosztował w tamtych czasie kilka tysięcy), a jego premiera miała uświetnić obchody dziesiątej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości.

Nic dziwnego, że prasa - nie tylko filmowa, ale także codzienna - szczegółowo donosiła o kolejnych etapach realizacji. Czytelnicy mogli się dowiedzieć oczywiście o obsadzie czy lokalizacji zdjęć, ale również o takich ciekawostkach jak ta, która firma jubilerska wykonała odznaki wojskowe do kostiumów czy który zakład dostarczył lustra do filmowej sali lustrzanej. Z pewnym oburzeniem donoszono nawet o tym, że naczelny dyrektor teatrów miejskich nie wypożyczył kostiumów do „Pana Tadeusza”, a wiceminister kolei nie zgodził się na żadne zniżki na bilety przemieszczającej się po kraju ekipy. Z dzisiejszej perspektywy z największym zainteresowaniem czyta się mały cykl reportaży z planu – formę jeszcze wtedy nie tak bardzo znaną – o który pokusiło się pismo „Kino Dla Wszystkich”, próbując na gorąco uchwycić oraz opisać pracę i życie filmowej ekipy. W jednym z numerów wysłannik gazety pisał tak: „Po dwugodzinnej przejażdżce Mercedesem, znalazłem się w Radziejowicach, pięknym majątku hr. Marty Krasińskiej. Artyści szykowali się do zdjęć, oblegając charakteryzatora p. Narkiewicza. Skorzystałem z tego, aby odcyfrować stary napis łaciński na wmurowanej w fasadę tablicy, głoszącej („Aude hospes”), że w zamku tym gościł król Zygmunt III i czuł się tu szczęśliwy. W tej samej chwili wołają mnie do parku, gdzie rozpoczęły się już zdjęcia. Cudowny widok! Na olbrzymim gazonie, łączce niemal, pokrytej aksamitną trawą, stoją ustawieni w półkole szlachcice wraz z damami. Pomiędzy znajomemi, grającemi całą symfonję barw, postaciami i twarzami Pana Tadeusza (Łuszczewski), Telimeny (Sulima), Podkomorzego (Owerłło), Asesora (Roland) itd. zauważam marsowe postacie generałów Dąbrowskiego (Palewicz) i Kniaziewicza (Trembicki), wspaniale prezentujących się w swych szamerowanych srebrem mundurach i wysokich czapkach. Pomocnicy reżysera, Krawicz, Szebego i Kraszewski miotają się na wszystkie strony, jak oparzeni, operatorzy Wawrzyniak i Wasung pochylają się nad aparatami. Pan Ordyński rzuca rozkaz przez tubę – i oto, odrzucając z fantazją wyłogi kontusza, Owerłło prowadzi poloneza.

„…Patrzcie, patrzcie młodzi.

Może to już ostatni, co tak poloneza wodzi”.

Atmosfera oczekiwania na film była więc podniosła. Podkręcał ją także sam reżyser, który niedługo później udzielił wywiadu „Wiadomościom Literackim” i mówił na przykład, że „mieszkańcy dworku czombrowskiego, stojący obok w czasie zdjęć (…) rozpłakali się rzewnie, gdy pan Tadeusz zajechał przed ganek soplicowski”. Film Ordyńskiego miał być w istocie próbą ożywienia tych najbardziej ikonicznych obrazów znanych chyba każdemu z kart książki. Reżyser nie miał natomiast ambicji, by w poemacie Mickiewicza szukać aktualnych znaczeń (choć podczas premiery ilekroć na ekranie pojawiała się postać generała Dąbrowskiego, na widowni wybuchały oklaski na cześć obecnego na sali marszałka Piłsudskiego), zależało mu jednie – a zarazem aż – na tym, by pokazać „pewien typ ludzi w pewnej epoce, leniwej w życiu codziennym, jak snujące się obok nich krowy i barany, ale w każdej chwili gotowych do działania pośpiesznego, porywczego, gdy zaś zajdzie potrzeba – bohaterskiego”.

„Zbliżyć się do poematu jak można najistotniej” – ten cytat mógłby posłużyć za motto reżysera i jego ekipy. Scenariusz napisali wywodzący się z zupełnie przeciwnych obozów Andrzej Strug (zagorzały antypiłudczyk) oraz Ferdynand Goetel (popierający sanację). Ich nazwiska miały zagwarantować, że żaden z obozów nie zamknie się na film Ordyńskiego. Pisząc scenariusz, cięli wszystko, co nie stanowiło trzonu fabuły, lecz te fragmenty, które wybierali, były praktycznie dokładnym odwzorowaniem opisów z książki. W ciekawy sposób czerpali poza tym oryginalne strofy z Mickiewicza pojawiające się w filmie na planszach z napisami: uważny widz czytając te plansze zorientuje się, że łączyli zdania z poematu, które nie zawsze ze sobą sąsiadowały. Mimo to – ich pomysł wypalił. Nikt nie mówił o braku szacunku dla Mickiewicza, a napisy dokładnie objaśniały widzowi to, czego nie dało się powiedzieć z ekranu niemego przecież filmu. Przyjmowano je zresztą entuzjastycznie: „Publiczność (…) oklaskiwała z niebywałym zapałem napisy - donosiła „Polska Zbrojna”. - Są one wszystkie wyjęte z tekstu. Te słowa mickiewiczowskie świecące na ekranie wyrywały okrzyki radości – kto wie, gdyby nie uroczysty nastrój przedstawienia, publiczność zaczęłaby może chórem deklamować – i jest to bodaj pierwszy w dziejach kinematografji wypadek frenetycznego oklaskiwania napisów”.

Podczas premiery „Pana Tadeusza” nie zabrakło jednak momentów mącących atmosferę ogólnonarodowego święta. Przez lata powtarzano sobie później, co powiedział o filmie marszałek Piłsudski. Pisze o tym m.in producent Stefan Dękierowski: „Gdy zapaliły się światła, do loży na pierwszym piętrze, skąd oglądali film Prezydent i Marszałek Piłsudski, Juliusz Kadem-Bandrowski wprowadził pana Ryszarda Ordyńskiego i przedstawił go jako twórcę filmu. Po prezentacji p. Ordyński zapytał Marszałka, jak w jego odczuciu znalazł film. Pan Marszałek chwile pomyślał i zagaił: I ja panu opowiem pewną historię. Otóż w dawnych czasach żył na Litwie książę Mendog. Posiadał wielki zamek. Bywało, że zapraszał gości na ucztę… a później ich mordował… No, do widzenia panu, do widzenia… I odszedł. Pan Ordyński stał osłupiały…”

Ocena Marszałka nie mogła już jednak wpłynąć na powodzenie filmu, które okazało się ogromne. Dziś nazwalibyśmy je pewnie szałem. Nie ma sensu po raz kolejny cytować zbyt wielu entuzjastycznych recenzji, które pojawiły się wówczas w prasie. Przytaczano je już wielokrotnie w książkach o historii kina polskiego, można je także znaleźć w internecie. Odwołam się tylko do dwóch z nich, tych bardziej sceptycznych, bo chyba najcelniej obrazują, czym był „Pan Tadeusz” w momencie premiery i dlaczego tak emocjonalnie go odbierano. Stefania Heymanowa w „Bluszczu” przekonywała, że w istocie chodzi nie o samą wartość filmu jako takiego, lecz o to, że wywołuje on „poczucie przynależności do narodu i jego historii”. Z kolei anonimowy recenzent „Polski Zbrojnej” oceniał film Ordyńskiego w kontekście ogólnych możliwości kina: „A jednak dobrze – być może – zrobił realizator filmu p. Ordyński, że skromnie ograniczył swe zadanie, że nie pokusił się o sfilmowanie Mickiewicza, a sfilmował zdarzenia z „Pana Tadeusza”. Być może, iż danie filmowego ekwiwalentu mickiewiczowskiej epopei jest w tej chwili rzeczą jeszcze zupełnie niemożliwą. Nikt dzisiaj jeszcze nie włada środkami ekspresji filmowej tak, by dojść na tej drodze do tego stopnia artyzmu, do jakiego doszedł Mickiewicz drogą słowa i poezji. Na to za młodą jest jeszcze sztuka filmowa i na to trzebaby genjusza bodaj nie mniejszego, aniżeli był nim sam Mickiewicz”.

Wydaje się więc, że Ordyński zrobił wszystko, co mógł zrobić jako ówczesny filmowiec i jako reżyser, który chciał zadowolić jak największe rzesze widzów. Tyle więc o zamierzchłej historii. A czym jego film jest i może być dziś? Odpowiedź nie jest prosta, przez długie lata po wojnie „Pan Tadeusz” był jedynie ciekawostką i to dość zapomnianą. Jego pełna kopia zaginęła, w filmowych periodykach przez kilkadziesiąt lat pojawił się zaledwie kilka tekstów przypominających, że w ogóle było coś takiego, jak przedwojenna ekranizacja „Pana Tadeusza”.

 Losy przywracania tego filmu do życia są – być użyć terminologii filmowej – długim dramatem, który jednak już wkrótce będzie miał prawie całkowity happy end. W kolejności chronologicznej wyglądało to mniej więcej tak: w kilka lat po wojnie odnalazł się czterdziestokilkuminutowy fragment „Pana Tadeusza”. Najprawdopodobniej ktoś przyniósł go do łódzkiej Szkoły Filmowej, bo właśnie stamtąd niepełny film trafił do powstałej w 1955 roku Filmoteki Narodowej (nosiła wówczas nazwę Centralnego Archiwum Filmowego). Nie wiadomo tylko, kim był ten „ktoś”. Najważniejsze, że był już jakiś namacalny ślad samego filmu. Potem jeszcze pod koniec lat 50. do Filmoteki zgłosiła się osoba, która przyniosła podobnej długości fragment. Niestety, nie zanotowano jej personaliów – Filmoteka jeszcze wówczas raczkowała, bardziej liczyło się samo gromadzenie materiałów niż dokładny opis ich pochodzenia. Zastanawiające jest tylko to, że oba te czterdziestokilkuminutowe fragmenty to były w większości te same sceny.

     Znaków zapytania było zresztą dużo więcej – choćby o to, ile trwał cały film? Jewsiewiecki podawał, że 3900 metrów, Banaszkiewicz i Witczak – że liczył 15 aktów. Były to jednak tylko mniej lub bardziej trafne domysły. Nie ocalał bowiem także scenariusz, który mógłby być miarodajną wskazówką, a notki w przedwojennej prasie podają sprzeczne informacje. Ocalony fragment filmu dawał pewne pojęcie o całości, ale pamiętali o nim i znali go właściwie tylko specjaliści i zagorzali miłośnicy przedwojennego kina polskiego. Wydawało się, że nie będzie dalszego ciągu tej historii.

    Przełom nastąpił w 2006 roku. – Zadzwoniła do nas pani Agata Szkarłat z Wrocławia – mówi Renata Wąsowska, główna specjalistka ds. przedwojennego zbioru filmowego Filmoteki Narodowej – z wiadomością wprost sensacyjną:  w rodzinnych pamiątkach znalazła 18 rolek z taśmą filmową i już przy pierwszym oglądaniu ich pod światło, stwierdziła – głównie na podstawie napisów i strojów, że jest to przedwojenny „Pan Tadeusz”. Pojechaliśmy do niej i okazało się, że mamy do czynienia nie tyle z większą całością, co z bardzo wieloma fragmentami zachowanymi w kawałkach. Nie wiadomo przez kogo ani dlaczego zostały tak pocięte. Najważniejsze było jednak to, że były to te w większości nieznane po wojnie fragmenty, które uzupełniały kopię, będącą już u nas od połowy lat 50. 

Tyle można było ustalić na podstawie wstępnych oględzin. Potem filmografowie z Filmoteki musieli ustalić, czy odnaleziony materiał tworzy całość „Pana Tadeusza” - w przedwojennej oryginalnej formie. Dziś już wiadomo, że pewnych partii filmu jednak brakuje (m.in. księgi, której punktem centralnym była bitwa), lecz skala uzupełnienia z 2006 roku jest i tak ewenementem w polskiej archiwistyce filmowej. Do 1220 metrów, które trafiły do Filmoteki w 1955 roku dołączono kolejnych 1012 metrów, a więc prawie drugie tyle! Rzadko zdarzają się już dziś takie odkrycia i uzupełnienia.

W momencie, gdy zapadła decyzja o cyfrowej restauracji filmu w ramach projektu „Konserwacja i digitalizacja przedwojennych filmów fabularnych w Filmotece Narodowej w Warszawie” filmografowie musieli rozstrzygnąć kluczową kwestię: jak połączyć ze sobą stary fragment i nowy materiał, który przecież był pocięty na kawałki. Scenariusz – jak już pisałem – nie zachował się. Andrzej Strug, scenarzysta filmu, mówił wprawdzie w wywiadach udzielanych w czasie realizacji o dużych skrótach, lecz dawało to jedynie ogólne pojęcie o adaptacji. Mówił jednak również, że wydarzenia wybrane do filmu przebiegają w takiej samej kolejności jak w pierwowzorze. To była ważna wskazówka. Odnalezione fragmenty trzeba więc było kawałek po kawałku porównać z tekstem epopei Mickiewicza i zmontować właśnie w takiej kolejności, w jakiej pojawiają się ich odpowiedniki w epopei. – Posiadając tylko szczątkową dokumentację i niepełne informacje o filmowym kształcie oryginalnego „Pana Tadeusza”, mogliśmy podjąć tylko taką decyzję. Ale nie stoi ona w sprzeczności z zamysłem twórców, pokażemy „Pana Tadeusza” takim, jakim najprawdopodobniej był – tłumaczy Wąsowska.

Film pomimo pewnych braków nie sprawia wrażenia dzieła kalekiego. Połączone fragmenty prowadzą fabułę w sposób zrozumiały, tworzą całość, która ma początek, koniec, rozwinięcia i zamknięcia wątków. Poza sceną bitwy braki to często pojedyncze, krótkie sceny, jakieś przebitki, kontrplany. Na razie ich jedynym śladem obecności w filmie pozostają fotosy znajdujące się w Muzeum Kinematografii w Łodzi. Zostaną one zaprezentowane podczas oficjalnej repremiery odrestaurowanego „Pana Tadeusza”. Widać na nich to, czego dziś w filmie, niestety, nie ma. Ale może jeszcze kiedyś znajdzie się jakiś brakujący fragment…Wydaje się jednak, że szacunku powojennych filmoznawców co do oryginalnej długości „Pana Tadeusza” były przesadzone – film nie mógł mieć aż 3900 metrów.

     Na razie – po wszystkich uzupełnieniach – film będzie trwał trochę ponad 120 minut. Osiągnięcie takiej długości filmu wymaga jednak pewnego zabiegu technicznego. W 1928 roku filmy wyświetlano z prędkością 12-16 klatek na sekundę. Ówczesny widz widział na ekranie w miarę płynny ruch ludzi czy innych przedmiotów, którego prędkość odpowiadała prędkościom ich rzeczywistych ruchów. Nieme filmy wyświetlane przy pomocy współczesnych projektorów (odtwarzających taśmę z prędkością 24 klatek na sekundę) wypadają więc groteskowo. Postaci poruszają się w przyśpieszonym tempie, sceny lecą jedna za drugą i nawet przy filmach niekomediowych rodzi się wrażenie slapsticku. – Dlatego jedną z pierwszych decyzji dotyczących procesu restauracji dokonywanego przez Filmoteką Narodową, było stworzenie takiej kopii „Pana Tadeusza”, która pozwoliłaby współczesnemu widzowi obejrzeć film z taką samą prędkością, jak widzom w 1928 roku – mówi Paweł Śmietanka, kierownik Zespołu Restauracji Taśmy Filmowej. – Aby nowoczesny projektor ustawiony na prędkość taśmy 24-25 klatek na sekundę nie wyświetlał filmu w przyśpieszonym tempie, tylko normalnie, trzeba w cyfrowej kopii „Pana Tadeusza” zduplikować od 6 do 8 wybranych klatek w sekundzie. A mówiąc prościej: mamy 12 oryginalnych klatek w sekundzie i spośród nich dublujemy co drugą. Nie tworzymy – co chcę podkreślić – żadnego nieoryginalnego uzupełnienia czy treści, chcemy po prostu by we współczesnych warunkach widz mógł obejrzeć „Pana Tadeusza” normalnie, a nie w przyśpieszonym tempie. Dzięki temu będziemy mogli w pełni dostrzec emocje aktorów, fragmenty scenografii i kostiumów, które zwykle umykają przy przyśpieszonej projekcji.

Ciekawą sprawą pozostaje także… kolor filmu, bo „Pan Tadeusz” nie jest w pełni czarno-biały. Podobnie jak w przypadku innych filmów niemych z tamtego czasu – jego obraz został przed premierą w 1928 roku poddany procesowi wirażowania i tonowania. Odpowiednie fragmenty taśmy zabarwiono na kolor niebieski, żółty, oliwkowy czy fioletowy, co pozwoliło uzyskać na ekranie na przykład efekt nocy lub podkreślić pewne emocje bohaterów – smutek lub radość. W procesie restauracji kolory te zostaną utrzymane.   

Ocalone i odnalezione fragmenty „Pana Tadeusza” są w tej chwili poddawane tzw. manualnemu  retuszowi, który polega na przeglądaniu filmu klatka po klatce i decyzji, który z elementów widocznych na ekranie trzeba jeszcze poprawić. Ten etap prac jest najbardziej czasochłonny, lecz został wykonany już w blisko 90 procentach. Wcześniej fragmenty kopii zostały delikatnie umyte alkoholem, co pozwoliło pozbyć się brudu takiego jak stare zacieki oleju z projektora. Potem taśma została zeskanowana, a obraz został ustabilizowany – tak, by na ekranie nie było wrażenia skoków obrazu w górę i w dół. Wyrównano także jego jasność – oczywiście tylko w pewnym zakresie. – Filmu nie można zbytnio rozjaśnić, bo obraz zrobi się płaski – tłumaczy Śmietanka. – Chodzi tylko o to, żeby tę jasność całego filmu jakoś ujednolicić.  

Repremiera filmu z muzyką na żywo, którą skomponuje Tadeusz Woźniak nastąpi 9 listopada (a więc tego samego dnia, co w 1928 roku) w otwartym po przebudowie i remoncie Kinie Iluzjon. „Pan Tadeusz” Ryszarda Ordyńskiego jest dziś przede wszystkim świadectwem sposobu myślenia ówczesnych filmowców o epopei Adama Mickiewicza, daje widzowi możliwość cofnięcia się w inną epokę kina i w inną epokę, w której żyli bohaterowie. Czy zadziała magia kina? – to się dopiero okaże. Zabawne natomiast, że zrekonstruowany obraz uzmysłowi widzowi, że i wtedy zdarzały się wpadki, które znamy z dzisiejszego kina: w „Panu Tadeuszu” jeden z aktorów ma na ręce zegarek, a przecież w czasach Mickiewicza osobiste czasomierze to były tylko zegarki z dewizką noszone w kieszeni…

 

Piotr Śmiałowski

Wróć do poprzedniej strony

Wybrane wideo

  • O PROGRAMIE APF, dr Rafał Marszałek
  • Represje wobec kinematografii polskiej po wprowadzeniu stanu wojennego, prof...
  • Kino polskie po I wojnie światowej
kanał na YouTube

Wybrane artykuły