Artykuły

„Kwartalnik Filmowy” 1996 nr 14, s. 146-158


Portret z pamięci

Jerzy Wójcik

Przyjechałem do Leopolda Buczkowskiego do Konstancina, zapowiedziany telefonem Antoniego Bohdziewicza, który prowadził wtedy zespół filmowy. Był rok 1969.

Trzymałem w ręku książkę Pierwsza świetność.

Pomysł, żeby zbudować film jakby z rozbłysków, z okruchów, fragmentów rozbitej całości, Buczkowski przyjął jako coś naturalnego. Chciałem szerzej uzasadnić mój punkt widzenia na kompozycję filmu – byłby to przepływający strumień „obrotów pamięci”, ale Pan Leopold przerwał mi mówiąc, że niepotrzebne jest dalsze dowodzenie. On to rozumie. Zgadza się. Zgadza się na tę propozycję, bo wywodzi się ona z myśli konstruującej Pierwszą świetność.

Tak, to dobry pomysł. Ale jak pan to zrobi w filmie? Czy to jest możliwe?

Bardzo był tego ciekaw. Na początku słuchał uważnie, „przyglądał się” temu, co mówię. Dopiero jak opowiedziałem o żarnach, a raczej o ukrytych przed Niemcami kamieniach żarnowych, za których posiadanie groziła kara śmierci, i o tym, że tajemnicę, gdzie były ukryte, podawano sobie z ust do ust w zagrożeniu życia – dopiero wtedy potoczyła się rozmowa. Myślę, że tą opowieścią o żarnach Buczkowski pozwolił mi wejść w swój świat.

Dalej było już inaczej. Nie „prowadziliśmy rozmowy”, tylko mówiliśmy o sprawach, które nas interesowały.

Nie chodzi mi o to, by publikować materiały o filmie, który mógł powstać, ale przede wszystkim o to, że Leopold Buczkowski nad takim projektem myślał, że dał temu początek swoją prozą. Pracował nad tym, to się naprawdę zdarzyło. Fakt pracy Buczkowskiego nad filmem, który miał nosić tytuł Portret z pamięci, mógłby zniknąć bez śladu – na zawsze. Zatrwożyło mnie to i ośmieliło, żeby o tej pracy powiedzieć i przedstawić czytelnikom „Kwartalnika Filmowego” szkice, które powstały w czasie naszych spotkań. Robię to z goryczą i już bez żadnej nadziei, by film mógł kiedykolwiek powstać.

Władze kinematografii były oburzone, słysząc nazwisko Leopolda Buczkowskiego i tytuł jego książki Pierwsza świetność. Jerzy Wójcik jako współscenarzysta i reżyser? Antoni Bohdziewicz jako szef zespołu?

Nikt nie chciał czytać tego, co przygotowaliśmy. Nikt nie chciał z Leopoldem Buczkowskim i ze mną rozmawiać. Nie dopuszczono do zawarcia umowy na scenariusz filmu Portret z pamięci.

Sytuacja na miejscu zdarzenia

Ktoś buszuje po pustych mieszkaniach i dokonuje kradzieży. Miasto musi samo rozstrzygnąć tę kwestię. Złodziejka musi się znaleźć. Tym bardziej że kradnie dzieci.

Oto do czego doprowadza wojna.

146 –

Ale tej dziewczyny nikt nie zabije. Ona bowiem istnieje w każdej z kobiet pozostałych w mieście.

Skąd mogą wiedzieć, poniewierane, zaszczute, gwałcone dziewczęta, że właśnie KAŻDA Z NICH JEST BOGINIĄ, MITEM, DYDONĄ, BOGINIĄ BŁĄKAJĄCEJ SIĘ MIŁOŚCI1.

Ale skąd o tym może wiedzieć żandarm?

Bez przerwy pracuje wydział śledczy kripo. Zebrano już wiele dowodów rzeczowych (cały pokój zamienił się w archiwum), są nawet żarna, którymi ona rozcierała ziarno, są pieluszki, kołyska, szale, koromysła. Półki zapełnione fotografiami – szkicami sytuacyjnymi. Na ścianie wielka, dokładna mapa, na której czerwonym kolorem zaznaczono miejsca, gdzie DYDONA (tak ją nazywała ludność) dokonała przestępstwa.

...w środku spalonego miasta, w czystym jego wodotrysku, u stóp pomnika Dydony, wypraliśmy koszule. Pożar pochłaniał Dydonę i jej zwierzęta. Umierała w wieku młodziutkim 3 lipca 1943 r. Zresztą długo jeszcze pluskała się, z ramionami obarczonymi dwoma wiankami kwiatów: nie była smutna. Przybyła do naszego miasta w trzynastym wieku, nikt nie wie skąd...

W tym nieszczęśliwym, dotkniętym wojną miasteczku dokonano niesłychanego przestępstwa – ktoś kradnie dzieci. Kradnie w nocy, w dzień, z opuszczonych cmentarzy i pustych mieszkań.

Kripo zebrało niezbite dowody, że to jest kobieta. Cały garnizon jest tym poruszony. Kripo wzięło sprawę w swoje ręce. Przesłuchuje się świadków, przeprowadza wizje lokalne. Przyjechali nawet korespondenci państw neutralnych (same poważne dzienniki).

Świat musi się dowiedzieć, do czego są zdolni ci ludzie zdemoralizowani wojną.

Śledztwo trwa. A tymczasem wojsko, zmęczone poprzednią trudną akcją w mieście (brud i niezdyscyplinowanie mieszkańców, brak wody pitnej), okrąża miasteczko raz jeszcze.

Na wzgórzach (kota 254 i 275) zakłada się gniazda karabinów maszynowych, rozpina drut kolczasty (niestety jest gorszy niż dawniej – bardziej sztywny). Miasto jak na dłoni. Ciepłe słońce. Naprawdę czuje się wiosnę.

Okrążamy miasteczko, zbliżając się do niego. Coraz bardziej zacieśnia się stalowa spirala. To pozwala żołnierzom jednocześnie zobaczyć zabudowania coraz bliżej i z każdej ze stron. Piękne ćwiczenie. Tylko strzały plutonu egzekucyjnego przypominają, że jest wojna (no i te przestępstwa w mieście). Przecinamy pierwsze płoty – wchodzimy na podwórza...

Zabito korespondenta neutralnego kraju (odwołano w związku z tym szefa kripo). Opuścił nas także drugi korespondent.

Po wyjeździe przedstawiciela prasy neutralnego kraju spaliliśmy (na rozkaz) cały pokój archiwum. Spopieliliśmy wszystkie dowody na istnienie Dydony. Skończyliśmy z mitem.

Kilka punktów

1. Idea – gehenna, ofiarność, poświęcenie i bohaterstwo kobiet polskich w czasie okupacji i cały obszar doświadczenia tych czasów, bogatych w środki policyjne.

147 –

2. Miejsce – miasteczko stare, ale nie tandetne. Rynek, rzeczka, całość z wyrazem trupa bez koszuli. Kominy nie dymią. Architektura w skupieniu, od razu kilka polnych dróg, jedna kończy się na rozległej łące, druga na cmentarzu. Pośród łagodnych wzgórz miasteczko znalazło to właściwe, jedyne miejsce, jakie dla siebie w gnieździe odnajduje jajo.

3. Obserwacja – odsunięcie tragedii poza granicę „akcji”, gdyż tragedia zaczęła się jeszcze przed zaczęciem akcji. Brak teczki nie dowodzi braku faktów.

4. Wyraz – coś, co przekroczyło tragizm.

5. Poszukiwanie wciąż wymykającego się faktu. Krążenie bez końca. Kształty idące dramatycznie do ustalonego celu to: niemiecka żandarmeria polityczna, wojsko.

6. Tym wymykającym się faktem jest ONA. ZŁODZIEJKA DZIECI. Na jej wykryciu skupiona jest cała uwaga kripo. A przecież dziewczyna nie istnieje, choć dowiedziono, że była jednocześnie w kilku miejscach.

Oto układ scen, dający pogląd na zamierzoną kompozycję, przedstawiony Leopoldowi Buczkowskiemu

Portret z pamięci

...Z daleka widać było ni to, ni tamto. Ale raczej to była drożynka brunatna. Świat ten jest wielki i piękny. Wiele w nim rzeczy ciekawych. Potem uprzykrzony karabin maszynowy odwołał mnie w swoją stronę. Pociski wciąż szarpały strzechy, rwały futryny. I leżąc za piwnicą, począłem rozpatrywać stodołę, krowy splecione w kiszkach na podwórzu i zwisającego na sznurku chłopa, martwą wronę. Na pierwszym miejscu bakterie, potem rośliny, dalej zwierzęta i dalej człowiek. Odeszliśmy wieczorem, a karabin wciąż ćwiczył, znowu do góry, znowu na dół i tak dalej, jakby chciał schwytać kamień tuż nad ziemią.

...Na zewnątrz w pierwszych promieniach słońca błyszczy rosa i już jesteśmy w cieniu trzech stodół przy drodze. Bokami mi to chodzenie wyłazi. I wszędzie, gdzie popełznąć lornetką, wszystko trzęsie się w szarych, postrzępionych listkach roślinności.

tam jakiś sadek z chałupą,

kilka wiązek słomy,

przyduszony płot.

A potem wlazłem lornetką do leszczyny i szukałem orzechów. Odcinek środkowy przysiółka został ostrzelany granatnikiem.

Dwie strzechy zapadły się,

wiatr dmucha,

wszystko leci w surowym milczeniu.

Patrzę na piękno.

Do takiego to piękna należy ta ziemia w rzeczywistości.

...te łąki są zielone,

ale na lewo zieloność wpada w niebieskawe,

gdzieniegdzie widać wierzby.

Wojsko ciągnie w prawo, bo wie, że lekki szuwarek znaczący bagno i wodę nadaje powietrzu kolor niebieski.

148 –

Ścigana przez nieprzyjaciela przychodzi nad rzekę, na której mostu nie widać

Idzie wojsko wzdłuż brzegu.

Ale spostrzega ślad. Może tu jest bród?

Dna nie widać.

Co tam dalej? to las?

To płot. Płot jest równy i wysoki.

...Korespondentka, trochę obrażona, trochę rozśmieszona, a tak zmistyfikowana, jak tego pragnął szef żandarmerii, zgodziła się czekać, dopóki fanatyczka z Belżca nie zdecyduje się pokazać...

...gdy nic ważnego nie zajdzie, jutro około południa znowu w aptece się pojawi...

...nad ranem, kiedy jeszcze ciemno było na ulicach, ktoś silnie zastukał, zerwała się na nogi. Bo nieraz o różnych porach słyszała takie stukanie policji. Otuliwszy się w koc, zatrzymała oddech, nasłuchiwała...

Ona szła przy żandarmie jak utopiona męczennica, spokojna, cicha, wiatr porusza jej suknią i włosami, z góry pada światło na jej twarz i płynie ta postać z rękoma związanymi trokiem żandarma. Ta, która grała teraz rolę Dydony, wyszła z żandarmem przed barak.

...Ona wiedziała, że nie jestem skrzypkiem. Skrzypce zniknęły z powierzchni ziemi. Bezpośrednio po tym zapytała mnie, czy słyszałem coś o niej. Pierwszy raz w życiu nocowała pod gołym niebem. Dawniej widziała gwiazdy tylko przez okno...

...Nim się zdążyłem odwrócić, przekonałem się, że ci dwaj rozmawiają z kelnerką.

Wyglądała zamyślona

i osłabła...

Podchwyciwszy mój wzrok, zrozumiała jego znaczenie, zafrasowała się.

Sala, w której żołnierze tańczyli, była do wczoraj galerią obrazów. Sztabskapitan zamienił ją na salon balowy.

W szafie stojącej we framudze były pamiątki po jakiejś pani,

książki do nabożeństwa,

różańce,

kapelusze żałobne,

guziki,

karty do wróżby, wytarte już i pozbawione ekspresji,

konające fiołki.

I wreszcie moje skrzypce miały ze swej strony trudności w odczytaniu tej kłopotliwej zagadki.

Żołnierze przyszli hurmem, ażeby zabić jakąś przykrą godzinę w towarzystwie głodnych dziewcząt. Siła nie ma ani połowy tej potęgi co łagodność...

149 –

...wysłane śniegiem ławki siały pustkami. Co gorsza, drzwi kościelne były wywalone i boczne nawy zaczęły wypełniać się wróblami. Wkroczyło ze sześćset drobnych nóżek, jak szkółka niedzielna, żeby dzieci nie zziębły, wprowadzono je dopiero przed samym kazaniem. Zadowolone czy nie, miały wróble czas dobrze przebuszować słomę, usianą aluzjami do ochotników nocujących tam w przemarszu, którzy z dziejów zapożyczyli tylko nazwisko...

A co będzie, gdy ucieknie?

A ja myślę już tylko o tym, jak ją nazwę. Dam jej jakieś piękne imię. Odpowiadam, że nie.

Nie ucieknie.

Stwierdziliśmy ją... w jednym ukryciu... nieświadomie, że nie wiedzieliśmy: Ona, nie ona. Biegła przez zarośla i krzaki, przez wodę, kamienie, bez odpoczynku.

Tutaj! – krzyknął szef i nakrył ręką najbardziej zieloną strefę północy.

Ta barwa jest podobna do tamtej – powiedział dziennikarz. – Nonsens. – Ile ona może mieć lat teraz? Co ona właściwie robi przez cały rok w ruinach? Nie mogę sobie tego zjawiska wytłumaczyć – mówił. – Proszę was, co to właściwie jest?

Mit – mruknął szef.

No tak, mit. Co to jest mit?

Jest to coś niby epos. Oznacza opowiadanie, bajkę. Imaginacja poetów. Fikcje wszelkiego rodzaju – mówił...

...Okienko doskonałej roboty stolarskiej było dla mnie. Przyznaję, że od czasu do czasu starałem się podpatrywać przez szparkę...

...A teraz przy pierwszym ujrzeniu myjącej się blondynki owłada nami uczucie, które trudno opisać. Rozpoznawanie polega na wprawie. Na tapczanie zupełnie nagi i młody człowiek leżał, mając oczy ustawione w moją szparkę, jak w czasie celowania.

Miałem przekonać się osobiście, że prała jego bieliznę. Krótko mówiąc, cały program tak zwanego odwszenia. Nie dziwię się wcale. Zawszony traci wszelką wartość w oczach świata, ciało zaś traci świadomość istnienia. Tkwiłem tak w mojej ciemności z ręką przed oczyma, podczas gdy przed moją wyobraźnią przechodziły wszelkie możliwe sposoby zdrady: przeżywamy to tak często.

...Musiał on skądś przylecieć i jak pajęczyna osnuć serce Muzejki. Siedzi teraz całkiem cicho, zapatrzony w moje okienko. Ją zaś to boli. Ona wie, że ja patrzę, czuje się obrażona i usiłuje mi wykazać, że sprawa ma się wprost przeciwnie...

...Była głodna. A jaka brudna. Krew sączyła się z wielu drobniutkich ran, ciętych odłamkami. Para obłupionych kolan. Dziewczyna ma jeszcze wątrobę, płuca, serce, śledzionę. Wszystko głodne, brudne i chwieje się w powietrzu. On śpieszy mi z pomocą, usiłujemy zedrzeć z niej te brudne szmaty. Borykamy się, leżymy we troje na ziemi. Obyś przepadła ze swoimi wszami!

Dla Ciebie niepotrzebne jest nawrócenie w Bolonii,

gdyż

masz objawienie w sobie

150 –

i to objawienie

od ciebie zależy.

Przy... okazji złapiemy dla ciebie czyściutkie, może nawet nowe sukienczyny, koszule.

Zdejm zawszone łachy z siebie. Trzeba to spalić. Owiniemy Ciebie w te dwa czyste prześcieradła, na razie. Nie wstydź się, nie ma czego...

...Mówiąc to, sypnąłem w piec dodatkowo trzy przygarście trocin z siennika...

...Owinięta w prześcieradła, okryta kocem siedziała cichutko pod ścianą, teraz bardziej podobna do struchlałego i zamordowanego sapera pod mostem...

Promenada była pusta, tylko pod daszkiem studni zauważyłem dwóch strzelców. Stali nieruchomo. Lekka warstwa śniegu spadła była tego wieczoru. Potem, gdy to tak trwało chwilę, rozprawa się zaczęła. Po drugiej stronie wydrążenia marmurowa powierzchnia była rozświetlona, przynajmniej w części przyczepami iskier śniegu... A więc z piwnicy wyskoczyła młodziutka dziewczyna. Piękna to zaleta strzelca to poprawne składanie się do karabinu. Uskrzydlona istota, dźwigająca zamarznięte kartofle, upadła. Jej śmierć jest dziełem starszym od tego zaśnieżonego ranka. Strzelcy zebrali kartofle, które dookoła rozsypane leżały, do chlebaków i skierowali się do piekarni „Merkury”.

...Pieluszki mianowicie, które wisiały w sieni, poszły w regressus ku przyczynom coraz wyższym. Badając przestrzeń jaśniejącą, spostrzegł dwie ręce zajęte wydobywaniem siennika z kołyski... Ręce były bardzo białe, a przedramię obnażone powyżej pięści i zakończone mankietem, poza którym nie widział już nic...

...Przecież ci tylko są mądrzy, co wiedzą, że wyszli z kołyski, nieograniczonej groty snów, najbledszej z gwiazd najodleglejszej w wiekach.

Po powrocie, otwierając drzwi od ulicy, spostrzegł światło w końcu korytarza, postąpiwszy dalej, ujrzał, że drzwi od podwórka były otwarte. Światło rozjaśniało podwórze aż do wychodka. Ona stała na tle fasoli, przestraszyła się bardzo, rzuciła się ku domowi sąsiada i upadła zemdlona.

...Dlaczego – pytała – dlaczego nie widzi się jej w dzień?

Bo to jest bogini.

Więc uderzyła mnie łyżeczką po palcach. Na drugi dzień spotkaliśmy się w kawiarni... Okna były wysadzone, pod sufitem gromada much mijała się wzajemnie, prowadząc dalej rozpoczęte badania...

A co będzie, gdy ją złapią?

Cóż z tego – powiadam jej – bo biorąc na rozum, to zagłodzona dziewczyna nie ma żadnej wartości. Tyle, co od dziecka dostać całusa.

...Kelnerka wspomniała, że kwiaty są dzisiejszym podarunkiem Dydony, i zaczęła rozpowiadać o jej teraźniejszych romansach i o ciężkim życiu, jakie ona prowadzi w ostatnich czasach, dodając rozmaite przypuszczenia, że ona

151 –

prawdopodobnie nie lubi tego rodzaju życia. Podejrzenie co do jej śmierci przed godziną zostało natychmiast wykluczone z rozważań. Co zaś najważniejsze naturalnie, po dziewczynie zostałyby ślady w piwnicy. Zatrzymaliśmy się więc przy kwiatach. Po pierwsze, potrafią one bawić niewinnie. Po wtóre, milczą...

...Czekając na nią, pozostawałem w ciemności, gdyż zabrała świecę. U góry drzwi była szyba, poprzez którą ujrzałem nagle twarz zaglądającą do przedpokoju. Twarz ta była mi znana z widzenia, ale anim pomyślał wówczas o szefie policji. Natychmiast otworzyłem drzwi, ale nie znalazłem nikogo. Potem przyszła. W jednej ręce trzymała świecę, w drugiej pewnego rodzaju welon, w którym spoczywało jej drobne dziecko...

...Dopiero nie znalazłszy nikogo, a wiedząc, że nikt nie mógłby mi się wymknąć, zapytałem siebie, czyją twarz widziałem przed chwilą. Ale patrząc dalej, spostrzegłem, że jej głowa zwraca się ku mnie, a wówczas rozpoznałem rysy mojej przyjaciółki. Wyraz dobroci i łagodności, jakim odznaczała się w życiu codziennym, teraz spotęgował się i ześrodkował w ostatnim spojrzeniu tkliwości. Dlaczego? Dlaczego?

...Było trochę szronu i gradu, poprzez który można było widzieć trawę, ale to wystarczyło już w zupełności do tego, że nikt nie mógł przejść tędy, nie pozostawiając śladów.

...Powiada, że obudzony został szeregiem stuków, które zakończyły się krzykiem. To jest prawdopodobnie bardziej ścisłe określenie, gdyż kwatermistrz, mieszkający w pokoju sąsiednim, zbudzony był przez hałas tego samego rodzaju, pochodzący z placu i dosięgający go przez ścianę aż w jego sypialni. Opowiadał mi, iż słyszał, jak wiadro wpadło do studni, potem kroki na drodze i na trawniku, potem pod oknem zziajany oddech.

...Na pytanie, dlaczego nie wyszedł, odpowiedział:

Czułem, że to nie ona.

Ku memu zdziwieniu przy błysku eksplozji rozpoznałem młodziutką Dydonę: wybiegła z bramy i potknęła się na zabitym psie. Choć się potknęła i przewróciła, przybyła jednak pod pomnik i zabrała do siebie tych troje dzieci, co prawda dopiero przy użyciu największej energii.

...Aby cywilnej Europie nie dawać powodu do nieprawdziwych pogłosek, rzeczywiście też w czasie przemarszu nie było widać rozstrzelanych dzieci, ale po przybyciu plutonu wyskoczyła jedna dziewczynka bardzo zadowolona. W następnej świetności bogini...

Znalazłem ją leżącą w postawie takiej, w jakiej ją widzieliśmy już za wronami, leżała przy niej chustka z koronkowym szlaczkiem. Przypominam sobie, że byłem zdziwiony, spotkawszy nad nią coś na kształt słupa z chmur. Ten moment wszedł w rachubę. A przecież to się już paliły Krasnebrody...

152 –

...Sprzątacze z Parnasu przynieśli bluzeczkę, kapelusz, dwa zeszyty, pantofle, malutką torebkę, blaszany czajniczek, spodenki kąpielowe, mydełka do zębów, ilustracje z żabami w kałużach. Wchodzili i wychodzili z rozwianymi włosami. Zjawiali się nagle nie w bitwie, lecz na pobojowisku. Zbierali troki, książeczki służbowe, pierścionki, portfele, fotografie, krzyże walecznych.

...Ale przerwała nam awantura. Patrol przyprowadził jakąś dziewczynę, wyłudzającą suchary dla rannych.

...Tymczasem inspekcyjny pracował w pocie czoła, by wpoić w sprzątaczy przynajmniej jakie takie pojęcie o sztuce.

Teraz się tylko zbierało.

Kołdry, pierzynki. A oprócz tego wszystkiego wiele mundurów: gajowych, listonoszy, portierów kinowych, strażaków, telegrafistów...

Ozdoby z gipsu, butelka z perfumami, księgi nabożne, funty, ruble, dolary...

...Na ulicy, gdzie ścisk wystrzelanych psów jest najbardziej pstry, leży kapelusz słomkowy i kartka papieru. A wśród dzieci stoi młodziutka DYDONA, drobna, rozgrzana i patrzy na niecierpliwą rękę, która puka do okienek piwnicznych...

...Mała wioska zagubiona między równinami i górami. Wiosną na zielonych drzewach odpoczywają ptaki. Żerujący na kuropatwy i zające orzeł buja nad okolicą. Lasy, stawy, malutkie krzaki. Widać twarze wszystkich dzieci, siedzących przy ognisku – lecz nikt nie odnajdzie drogiego, zaginionego dziecka.


... W piwnicach nie było skórek z chleba. Z beczki tylko pokazało się naprzód prześcieradło, a spod niego czarna głowa na cienkiej szyi. Dwoje czarnych oczu patrzyło na Kundę. Z beczki wylazła kobieta i wbiegła do pustej gruby, ciągnąc za sobą coś, co było podobne do zgniecionej stonogi.

Skrzypnęły drzwi za nimi i zatrzeszczały czyjeś kroki. Dmuchnął przeciąg. Dudi spojrzał za siebie. W świetle od okienka stała młoda kobieta nakryta zielonym szalem. Nim zobaczył jej twarz – przyszła na pamięć matka. Albo może to była kobieta, która dała mu przez druty garść malin?...


...Trudno było rozpoznać kolor i kontury stojącego pod bóżnicą człowieka. Ruszał się i trzymał coś w ręku.

Żandarm? – spytał Kunda.

Tak.

Zbliżał się, rósł, zapatrzony w sień, przygotowywał broń.

Tam jest ich więcej – powiedział Dudi. Żandarmi stali pod parkanem, jakby czegoś oczekiwali.

Chłopcy uciekli piwnicami do kotłowni browaru. Wyjrzeli przez okienko.

Na prawo ciemniały lipy, zasłaniały dach. W cieniu pod drzewami leżeli zabici.

Blisko okienka ktoś chodził po szkle, skrzypiały drzwi.

153 –

Na chodnik przed browarem wyszedł stary człowiek, zwymiotował, obciągnął na sobie chałat, jakby mu było zimno. Kiedy żandarm podszedł do niego, ten człowiek podniósł rękę, powoli obejrzał się na cztery strony świata.

Słychać było, jak mówił:

Ja jestem szlifierz.

Żandarm położył lewą rękę na biodrze, podszedł i uderzył szlifierza pistoletem po głowie. Na ustach żandarma zaigrał cieniutki wężyk uśmiechu, patrzał prawym kącikiem oka na dach browaru, poświęcił dość dużo czasu na przypatrywanie się ścianom. Szlifierz siedział chwilę, a potem, rzuciwszy się na plecy, położył się na boku i widać było, że zapadły się jego oczy, łyse czoło zalało się krwią.


...Jesienny szkarłat czerwieni się za chałupami i na kieraciskach. Przy dziewczęcych ścieżynach floksy. W pogodny wrzesień pszczoła przylatuje do floksów. W pogodny wrzesień klekocze rzeczułka.

... Cirla przytuliwszy dziecko biegła – jeszcze widziała dalie w błocie, ropuchy zrudziałe. Pies rwał za nią cwałem, wzruszony, język wywiesił na bok, uszy postawił. Biegli przez sianożęcie do lasu. Dziecko, jak królik zduszony w worku, prężyło się i krzyczało. Biegła ze ściśniętym sercem, spocona i gorąca. Nad fioletem leśnym krążyły wrony, wzbijały się wysoko i opadały pionowo, to znowu wznosiły się z krzykiem ponad rozpięte na zachodzie słońce.


...Po kolbie Cirla upadła... Buty przebiegły po niej. Wydało jej się na moment, że jest świętą znalezioną w śmieciu. Po oczach, po szacie i milczeniu poznali, że to święta. Ni pary z ust, kiedy poczęli ją bić i targać niczym dzikie zwierzę. Rękaw koszuli urwał się, ale jej już nic nie groziło.


...Pusto było na garbatych uliczkach, tylko między żłobami z wypalonych podwalin stały czarne piece, a obok nich siedziały milczące pliszki. Na ścieżkach wschodził owies, zwęglone wiśnie zasnuła pajęczyna.


Odlewać się w latrynie to zawsze mniej lub więcej pozować przed samym sobą. Świetlny promień w oczach rozlewa na wszystkie fazy życia wesołość, radość i piękność. Kropla pada na zimno i rozgrzewa je, na cierpienia i pociesza je: cudów ziemi i nieba ani dostrzec, ani uznać bez wzmożonej sprawności protoplazmy...


...Lokomotywa, którą widziałem z wychodka, miała komin kształtów szczególnych, nie widziałem jeszcze takich kominów. Kozak pełniący służbę u wroga, znajdował, że jest niedorzeczna ta cała lokomotywa, obstawał, że nie była podobna do żadnej z oglądanych przez niego. Podobnie też i ja, tylko ten raz jeden, doznałem uczucia obecności nowej formy w Bełżcu. Huk zbliżającej się lokomotywy wywołał w moim umyśle odpowiedni obraz, natomiast pewny jest, że nie wiedział on nic o obecności w wagonach towarowych trzech tysięcy ludzi. Kobiety porwały się, wołając ratunku, kapelusze pospadały im z głowy, a kiedy

154

wszystko pochłonięte zostało przez dwa erkaemy, odwróciłem się do wachmistrza, mówiąc: – Dziwna lokomotywa. – On zapytał mnie, co zaszło. Zagadnął też, czy znałem te kobiety. Odpowiedziałem, że ich nie znam, że jak mi się zdaje, nie widziałem ich nigdy. Taka tu była świetna pułapka. Dzieci ponawiały za każdym razem te same pytania. Oddech lokomotywy wiejący z dworca wprawia wiwaty karabinów w szczególne gwizdanie.


...Potem pomaszerowaliśmy jeden za drugim. Mieliśmy rozkaz trzymać mocno karabiny. Odnaleźliśmy punkt orientacyjny w postaci grupy trupów. Goniec bojowy dał znak ręką. Dobiegliśmy do drugiego baraku chroniącego dowództwo dworca. Z odrazą deptałem pomidory, gdyż któryś ze zdenerwowanych i podnieconych strzelców rzucił granat w tylną ścianę. Po wybuchu odsłoniła mi się przed oczyma zupełnie obca okolica. Nikt nie myślał o tym, aby zbierać pomidory. Zbadaliśmy, co było do zbadania, i opuściliśmy rejon...


...dziewczęta z Błędni przechodzą z jednego świata do drugiego świata...

...Przed karabinem klęczało w dwóch szeregach osiemnaście dziewcząt. Krowa przywiązana była do biedki amunicyjnej. Pomiędzy młodymi dziewczętami klęczącymi przed karabinem znajdowały się mniejsze i większe, blondynki i brunetki, śniade i blade, ale wszystkie wypełniały albo przynajmniej zdawały się wypełniać powierzone im posłannictwo; modliły się.

...Celowniczy, leżący na słomie, nie był dla nich lalką woskową, ale prawdziwym mężczyzną z ciała i kości wystawionym na wszystkie wiatry, smarkał z przeziębienia, nie licząc, że był głodny. Dziewczęta obiecywały wyszukać mu w swoich łachach ciepłą kołdrę, zobowiązywały się pobożnie od ust sobie odejmować, żeby go żywić, i mówiły w duchu do niego wszystko to, co młoda kobieta zwykła mówić wybawicielowi; wyczerpały słownik macierzyński, znany wszystkim niewiastom od najpierwszej młodości. Widziały na jego czole niebiańską obwódkę, myślały o cudownym jego urodzeniu. Co mogły mu powiedzieć, nic odnaleźć nie mogły. Na zewnątrz wiatr dużo robił hałasu. Powietrze było ciepłe i szemrzące nadzieje.

W tym dniu zastrzelili też krowę.


Sztabowy, na przykład, chodził od plutonu do plutonu i objaśniał: tę oto koszulę przyniósł z pola, gdzie wrony byłyby ją już dawno zabrały. A teraz widać. A do tego sztabowy ma w ręku też śpiewnik kampanijny...


...Niebieski cień padał jej na twarz – gdzieś od chmury – jak światło księżyca, które prawie cienia nie rzuca. Tam kręcił się jeszcze jeden strzelec, wypalił za nią. Wstrząsnęła się na to. W rogu chałupy kapral postawił dla celowniczego mleko za zasłoną z rozwieszonych pieluch... I tak one wisiały całą zimę...

Myślałem, że to ty.

Która ty?

Ta zabita pod stodołą.

Głodny jesteś?

155 –

Nie. Nigdy się nie odważę. Sama masz mało.

I oto już zimowy świt. Siedzimy w piwnicy za kazamatą. Na noc wracała, a rano znikała.

A gdy wracała, przynosiła w torbie kartofle, ale za chwilę nie pozostanie po nich ani śladu. Pomyśleć tylko. Najadłem się i naromansowałem... Przychodzi też pies. Dziwna to osoba ten pies – trzęsie się nad łupinami, jak gdyby był dzieckiem... i nie rozumie, co do niego mówię.


Dydona kładła drewnianą łyżką krochmal na blacik kozy. I nagle, siedząc sobie tak i podkładając patyczek za patyczkiem, słyszymy cichy pisk, placek zadziera nóżki do góry i chowa pierzynkę pod siebie... aż uspokaja się i przychodzi w nasze ręce. Czasem przytrafi się przygoda i chociaż go obskrobujemy namagnesowanym scyzorykiem, mimo to zaraz poznać, że się z nim coś stało. Widzieliście, jakie przypalony placek ma wstrętne oczy?


Kto to jest Dydona?

Bogini błąkającej się miłości? Godło. Objawienie nieskończoności w skończoności.

Niezadługo pocznie świtać. Ja czekam już tylko na to, że znajdę w słomie martwe ciało młodziutkiej Dydony. Nie chciała być pędzona pod mur... Wyszła pewnej nocy, i do dziś wydaje ze siebie jasne płomyki jak margiel z ziemi. Z łaski własnej?


... Wybrałem się w kierunku Śródmieścia. Było tu stosunkowo spokojnie, więc zrobiłem mały spacer przez spustoszone podwórka, zaglądając pod meble obwieszone trupami. Żołnierze z taboru wałęsali się po ogródku, może szukali karczochów.

...Ot leży na przykład ręcznik, na którym odbiły się obcasy...


... Ordynans sztabskapitana przyniósł raport w teczce ewidencyjnej. Wynikało, że była młoda, miała piwne oczy, przystojna, była czyjąś córką. Jakim sposobem dostała się do tego kotła. Może jakieś natchnienie zostało jej dane w owej godzinie? Może to posłaniec niebieski?


Nie interesują mnie fakty i dowody zbrodni. Pieluszki, puste kołyski. Jestem zainteresowana nią samą. Zbrodniarką. Moi czytelnicy czekają na wywiad ze zbrodniarką, a nie z kołyską albo zafajdaną pieluszką.

Wyjeżdżam! Nic mnie tu nie powstrzyma!

...Ona miała ataki – miała ataki histerii. Kilka ataków z rzędu, rozdzierającymi krzykami starała się kogoś przywołać. Ale kogo można w Bełżcu przywołać?

...Może przed godziną zabrała korespondentkę żandarmeria polowa.

...Nie pamiętam już teraz, o której godzinie szedł nocny pociąg na Przemyśl. Na nieszczęście prawdą było, że korespondenci zniknęli.


...Ej, dzielny karabinie, któż by się domyślił, co się w tobie ukrywało. Po ilości popiołu, po staraniu; z jakim chaty zostały spalone, po słomie, po garnkach, wnętrznościach zabitego bydła, częściach rynsztunku, broni, zabi-

156 –

tych koni, zakrwawionych koszulach i gaciach, zasypanych grobach, wszystko to są dobre wskazówki, z których dowiedzieć się możemy, jak batalion pracował. Można także łatwo poznać, w jakim kierunku batalion maszeruje, po połysku łuny...


Dowodów rzeczowych na istnienie złodziejki było wiele. Nie mieściły się pod dachem. Skrzypce i kontrabasy w zadaszonej wozowni. W nieckach do ciasta mościły się kury. Koromysła oparte o ścianę domu. Najgorzej było z kołyską i to z niejedną.

Otrzymaliśmy rozkaz (na piśmie) spalenia dowodów śledztwa.

Paliliśmy wg sporządzonej listy. Wpierw skrzypce ze smyczkami, potem kołyski z dziecięcą pościelą. Osobno niecki do wyrabiania ciasta. Drewniane łyżki wiązało się po 10 sztuk. Stolnice po 3 sztuki. Kołowrotki osobno. Osobno bieliznę czystą i brudną.

Najgorzej pali się papier. Zwłaszcza książki. Posiadły widać jakąś moc przetrwania. Ale żeby dziecięce bajki?

Mapy, gdzie występowała, i kartoteki, pod jaką widziano ją postacią.

Nawet ślady jej stóp odciśnięte na brudnych ręcznikach.

Wszystko uniosło się w niebo. Zostaną tu tylko zapadłe w ziemię kamienie żarnowe. A tego nikt nie uzna za dowód zbrodni.

Tak. Skończyliśmy z mitem.


Po ciemku macałem wokoło siebie, gdzie jestem. I dopiero czuję obok śpiące dziecko Muncie Kindel, a z drugiej gladziutką kocicę. Ale jaka była ciepła! No i cóż? Kotka do łapania much i wygrzewania się w kominie, a ja do lasu. Nic na świecie nie idzie na marne. Jest lato, po lecie przyjdzie jak zazwyczaj jesień i następnie wczesna zima. Suchy śnieg. Życie to jest rzecz przejściowa. I pobiegłem z dzieckiem Muncie.

Tak dzieci rozeszły się po świecie.


...Weszli po zasypanych wapnem schodach na piętro. Tam w olbrzymiej sali, na samym środku, stał fotel z wydartym siedzeniem. Ściany zadymione, z mnóstwem dziur od gwoździ i kul. Nad wejściem do następnej sali wisiała czarna pluszowa makatka, z wyszytym złotymi nićmi lwem. Na gzymsie kominka stały filiżanki, pod piecem niedopalone pończochy, kłębki bawełny, paczki igieł, guziki i dziecinne krzesełko. I poszli dalej, nie znajdując nigdzie nic, co by się nadawało do jedzenia. Dudi zataczał się. Wszędzie widzieli to samo. Pobite lustra, papiery, krzesła, tynk, rozprute poduszki. Kupy czarnego rozharu i trupy sklęśnione w łachmanach. Gdzieniegdzie siedziały trupy na parapetach. Przeciąg niósł papierki, mokre powietrze z pola. Po pustych izbach latały motyle, błyskając skrzydłami, siadały zmęczone na brązowych lichtarzach.

Nad spalonymi dachami stała liliowa odległość zmieszana z białymi chmurami i dźwięk lata niósł się od horyzontu do horyzontu…


Na pogorzelisko przyszła jakaś wariatka, ciągnąc za sobą na sznurku kołyskę, do której ładowała resztki nadpalonych rzeczy. Spadł deszcz. Rozeszliśmy

157 –

się do domów. Pomylona sama została na podwórzu. Osłaniała kołyskę od deszczu, tak jakby w niej było dziecko.

Ale nie słyszałem dziecięcego płaczu.


Znowu pojechałem do Konstancina.

Ciężko mówić o projekcie, który został tak brutalnie potraktowany. To nas tak potraktowano.

Pan Leopold po wysłuchaniu, jak nas „odprawiono” w Warszawie, znieruchomiał. Nagle szarpnął za skórzany pas do ostrzenia brzytwy, który przytwierdzony był do okiennej ramy. W pokoju było teraz ciszej – okno zostało zatrzaśnięte. Milczał chwilę. Sięgnął po drewniany flet i zagrał.


Jerzy Wójcik


PRZYPISY

1 Hanna Kirchner w przedmowie do Pierwszej świetności:

(...) Pisarz (...) przydaje dwudziestowiecznemu symbolowi imię królewny fenickiej DYDONY. Jej losy, dramatyczne i ciemne, splatają w sobie miłosny niepokój, odkrywczą zuchwałość, heroizm tworzenia i samobójczą śmierć. Była legendarną założycielką Kartaginy, jest zatem duchem stworzycielskim i patronką Miasta (...)

(...) Dydona to może ten posąg nieznanej bogini, wyobrażonej w postaci dziewczęcia. A może nieznana dziewczyna, przebiegająca ulicami, kryjąca się w ruinach, opiekunka sierocych dzieci, widziadło spotykane tu i tam, niedosiężna dla strzałów niemieckiej policji legenda? Może wreszcie DYDONĄ, boginią jest każda z żyjących dziewcząt tego miasto – symbol cudu życia, miłości pomocnej i dobroci (...) (Leopold Buczkowski, Pierwsza świetność, Warszawa 1966, s. 7.)

* Cyt. oznaczone gwiazdkami pochodzą z Czarnego potoku L. Buczkowskiego, Warszawa 1959.

158 –

Wróć do poprzedniej strony

Wybrane wideo

  • O PROGRAMIE APF, dr Rafał Marszałek
  • Początki kina na ziemiach polskich, prof. Małgorzata Hendrykowska
  • Kino polskie po I wojnie światowej
kanał na YouTube

Wybrane artykuły