Artykuły

„Kino” 1968, nr 6, s. 12-18

 

Temat: Oświęcim

Bolesław W. Lewicki

 

...i gdy wyszliśmy na słońce, rozlane nad placem apelowym, zapytałem Jacka: po co mnie w to wtajemniczyłeś? Odpowiedział, mrużąc oczy: żebyś to opisał, zajmujesz się zawodowo pisaniem, to twój obowiązek. Jeśli przeżyję, powiedziałem. Ktoś na pewno przeżyje, odpowiedział. Przeżyliśmy obaj. Nie napisałem. On – o ile mi wiadomo – też nie.

Nikt tego nie zrozumie, jak tu jest – mówił Wacek Chmielek – ludzkimi słowami tego nie oddasz. Nie potrafiłem mu odpo­wiedzieć, ściśnięty tępą zgrozą, a jednocze­śnie szczęśliwy: że tym razem jeszcze nie my. A Wacek dodał: może to lepiej, że ludzie o tym nie wiedzą, co by to pomogło – i komu. A potem Wacek zginął w obozie. Po latach, wróciwszy do kraju, siedziałem naprzeciw jego rodziców. Pytali: jak wam tam było tak na co dzień. Coś mówiłem, ale to nie było to, co trzeba, by oddać nieporównaną, wspa­niałą postawę Wacka i jego mir wśród towa­rzyszy. Dzisiaj ci starzy ludzie już nie żyją. Nikomu już nie przekażą prawdy o wspania­łym polskim lekarzu Wacławie Chmielku.

W oświęcimskim obozie zrodziło się po­wiedzenie, jakże wnet popularne: wiesz, jak jest. Myślałem nieraz: gdy będę pisał

– 12 –

o Oświęcimiu, nazwę tę książkę właśnie tak – wiesz, jak jest. W tym porzekadle jest cały KL Auschwitz. Podejrzewam, że nikt poza oświęcimiakami nie smakuje jego wewnętrz­nego sensu.

Właśnie temat: Oświęcim. W historii – w sztuce – we wspomnieniach. Czy trzeba, żeby był? Tak! Dla wielkiej sprawy – pa­miętania. Ale czy klimat jest do powtórzenia? Chyba nie. Chociaż – był jeden, co potrafił oddać w słowach to niepowtarzalne. Ale tylko jeden dotychczas – Tadeusz Borowski. Najpierw powstała, jeszcze za granicą, książka trzech autorów (Borowski – Nel – Siedlec­ki) Byliśmy w Oświęcimiu. Potem Bo­rowski swoje szkice powtórzył w zbiorze Pożegnanie z Marią. No i znakomity tom Kamienny świat. Jak właściwie tam było?

Literatura Oświęcimia? Temat Oświęcim? W praktyce zaczęło się od wielkiego milcze­nia – tych co cudem losu i białej myszki wyszli wcześniej na wolność. Pytano ich podobno: jak tam jest? Milczeli. Nie wiem na pewno, nie wyszedłem wcześniej, tak mi mówiono. Ale rozumiem, bo jak o tym mówić ? Borowski jeden to uchwycił, nikt inny w li­teraturze. Ale on tam był sam – sam i oso­biście. Munk nie był w koncentraku, ale tylko jeden spośród tylu filmów całego świata – retrospekcyjna część Pasażerki – odtwarza możliwie wiernie i blisko klimat obozu oświę­cimskiego. Ale o filmach i literaturze pomó­wimy później. Na razie – sam Oświęcim i jego codzienne motywy. I tematyka ogólna.

Wracając z pracy na apel, komanda darły się monotonnie:

„Im Lager Auschwitz war ich zwar

so manche Monat, Tag und Jahr...”

zawleczona i zaadaptowana na Oświęcim piosenka jakiegoś innego (Esterwagen?) niemieckiego kacetu – w której karni i ochoczy więźniowie, gemüt und gern, marzą o swych

– 13 –

dalekich bliskich – an meine Liebe in der Fern. I nadzieja wolności w tej urzędowej pio­sence:

„Doch auch für uns kommt mai die Zeit,

wo aus der Schutzhaft wir befreit –

dann werden froh wir heimwaerts ziehn,

ganz gleich ob schneit ob Rosen bluehn”.

Podobny śnieg mokry ciapał płatami lodo­watymi, gdy ewakuowano kacet oświęcim­ski, ale o tym tylko mi opowiadano. Mnie wiosna zwycięstwa uwalniała gdzie indziej. Wcześniej jeszcze – jeszcze lipiec lub sier­pień 40. roku – słyszałem pod ceglaną ścianą baraku trzeciego, pod zamglonym księżycem, pod brzęk gitary, jak grupka kapów niemieckich cicho śpiewała:

„Wir sind die Moorsoldaten

die ziehen mit dem Spaten

ins Moor...”

I to już był kawał prawdziwej poezji. Nie py­tano o autora (bo i po co?), uczono się słów, melodia sama w ucho wchodziła. Ale też nie była to piosenka oficjalnych przemarszów do i z pracy.

Pierwszy poemat o oświęcimskim kacecie? Nie, to skrzętni etnografowie odgrzebią, o ile potrafią. Mnie się wydaje, że był znany wówczas i skrzętnie śpiewany „chorał” na nutę znanej lwowskiej piosenki z przedmie­ścia: „Kto się z naszej wiary śmieje”. Na tę właśnie popularną nutę złożono takie słowa:

„Posłuchajcie wy ludkowie,

co wam stary haeftling powie...

………………………………..

leją kawę, leją zupę,

lecz najczęściej leją w………..

……………………………….         

stoi komin murowany,

ale my go wykiwamy...”

Piosenka była po polsku wyraźnie opty­mistyczna – śpiewano ją wieczorami na blo­kach w trybie prywatnym, i choć nie wszy­stkim śpiewakom dane było wykiwać komin murowany, ochoczo i głośno po każdej zwrotce wybuchał niezupełnie przyzwoity refren.

Teraz sprawa autorstwa tego oświęcimskie­go utworu. Autorem był Tadeusz Kański, późniejszy twórca Czarciego Żlebu. W Oświę­cimiu z grupką innych aktorów organizował w niedzielne wieczory coś w rodzaju piosen­kowych koncertów. Odpracowałem swoje przy tej grupce jako akompaniator (a tak! – gitara) i słyszałem dziesiątki razy, jak Kański śpiewał ten swój utwór, zmieniając poszcze­gólne zwrotki (a było ich dużo) i improwizując nowe – a sala za każdym razem zachwycona śpiewała uroczy, aczkolwiek nieco autoiro­niczny refren.

(Po wojnie, siedząc bez entuzjazmu na zydlu wicedyrektora Filmu Polskiego, Kański spisał cały swój utwór i ofiarował mi z de­dykacją ten maszynopis. Potem Kański umarł, ja zgubiłem tekst tej piosenki – i na domiar złego poszedłem w belfry. Ech, życie!)

Najważniejsze chyba – oświęcimska epi­ka. Ona powinna poruszyć pokolenia młode, ona – podbudowa historii. Ona – groźna broń pamięci. Są w naszym pisarstwie prawie

– 14 –

specjaliści od oświęcimskich opowiadań: Hołuj, Szmaglewska, Żywulska. Pisali przej­mująco i z gniewem (nieważne zresztą, czy tylko o Oświęcimiu, czy o innych kacetach): Morcinek, Timofiejew, Nałkowska, Rudnicki, inni jeszcze. Jest to potężny dorobek pamięci i gniewu pisarzy Polaków. Patos i groza, roz­pacz i nienawiść. Idzie jednak o klimat nie­powtarzalny dni powszednich w obozie, jednocześnie o motory ludzkich poczynań i przetrwania. Dla mnie osobiście – jako dla świadka i uczestnika wydarzeń – najbliższy prawdy jest Borowski. To on napisał: „…może z tego obozu, z tego czasu oszustw będziemy musieli zdać ludziom żywą relację i stanąć w obronie zmarłych” (U nas w Auschwit­zu). To on napisał: „Jakże to jest, że nikt nie krzyknie, nie plunie w twarz, nie rzuci się na pierś? Zdejmujemy czapkę przed esesma­nami wracającymi spod lasu, jak wyczytają, idziemy z nimi na śmierć – i nic? Głoduje­my, mokniemy na deszczu, zabierają nam najbliższych. Widzisz: to mistyka. Oto jest dziwne opętanie człowieka przez człowieka. Oto jest dzika bierność, której nic nie przeła­mie. A jedyna broń – to nasza liczba, której komory nie pomieszczą” (tamże).

I właśnie u Borowskiego znajdujemy takie relacje, jak: Dzień na Harmenzach czy Lu­dzie, którzy szli. Komuś, kto nie był w obo­zie, trudno to zrozumieć. Ale taki był właśnie klimat spraw codziennych.

Sprawy codzienne. Jakie? Które są ważne? Drobny, zasuszony Dunikowski stoi pod­czas całonocnej stójki na skrzydle kolumny. „Opiekujący się” nim dryblas Baworowski już się kiwa ze znużenia, a stary nic, ani drgnie. Tylko się marszczy i chmurzy... Nie, nie to. Inaczej: w niedzielę rano tak zwana lekka, dodatkowa robota: całe komando sortuje gnijące kartofle, poeta Staszek Rogowski im­prowizuje spacer niedzielny. Jest po dwunastówce, trzeba jeszcze przejść Akade­micką. Wstąpimy do Welza? Po co? Po pierwsze tłok, nie widzisz, po drugie sami korporanci, nie lubię. A może do Zaleskiego? O, widzicie, są jeszcze dwa stoliki. Ile kaw? Dla mnie proszę z bitą śmietaną. Kto czytał już „Wiadomości”? Ale schlastali Szyfmana, dobre, co? Dla mnie jeszcze to z pianką... I ci­sza pod podgniłymi kartoflami, oczarowanie i trans, że też się tak kiedyś żyło. To chyba najwspanialszy wieczór poetycki Staszka. Umarł dwa dni potem. Tak po prostu zgasł – z wyczerpania, z zimna. Albo inny Staszek – Jodko-Narkiewicz. To on jako kurier specjal­ny Becka wiózł ultimatum polskie do pokona­nych Czech. W Oświęcimiu sortował na ram­pie kolejowej hałdy węglowe. Pewnego wie­czoru przypominał nam – było to na bloku XA – ostatnią zwrotkę Gaudeamus, tę prawie nieznaną i nie śpiewaną:

„Trzeba z losem zmagać się,

trzeba zrywać tamy –

nie pytając gdzie i jak,

kiedy zginąć mamy...

Vivat iustitia, pereant osores...

pereat et diabolus, omnis antiburschicus,

atque irrisores...”

No właśnie. Na drugi dzień na południo­wym apelu dowiedzieliśmy się, że zerwała

– 15 –

się ściana węglowa i przywaliła Staszka, gdy grzebał się przy niej z szuflą. Nie odratowano go, umarł. „...kiedy zginąć mamy...”

Pamiętam: jeszcze jeden przyjaciel, jeszcze jeden Stanisław – Dubois. Gdy drugi już raz przywieziono go do Oświęcimia – to była wiosna 42 – uparł się robić w małym gronie, byle nie wpadać w oczy, w jakichś wieczornych chwilach poapelowych, coś w rodzaju seminarium politycznego. On miał dwóch od siebie, kazał mi zwerbować jeszcze kogoś godnego zaufania z działaczy harcerskich. Sprowadziłem Jerzego, razem było nas pięciu. Staszek zagajał, jakby świeżo wyszedł z czytelni prasy, a my siedzieliśmy pod ścianą jakiejś Neubau na skraju placu apelowego, oddzieleni od świata informacji potrójną linią Postenketty i kilku latami zamknięcia. Zawsze podziwiałem u Stani­sława ten bezcenny dar koncentracji i świet­ną szkołę myślenia. Niedługo było tej semi­naryjnej konspiracji. W czerwcu 42 nagły transport do Gross-Rosen – wywieziono mnie. Dopiero po wojnie dowiedziałem się, że Stanisław Dubois został rozstrzelany w sierpniu 42, dwa miesiące po naszym roz­staniu.

Ci, których pamiętam. A ilu nazwisk już się nigdy nie dowiem. Kazał mówić do siebie po prostu – Hanys. Był ze Śląska, ale stu­diował w Krakowie. Zamknęli go za uczest­nictwo w zbrojnej konspiracji na Śląsku. I nic. Przyschło – mówił. Pracowaliśmy ra­zem w komandzie HWL. Hanys był wspania­łym, odważnym człowiekiem i patriotą. Jakże się z nim rozmawiało. Często i wszędzie. U golarza blokowego też – toteż podczas pewnego golenia, gdy nagle wezwano go do lagrowej Schreibstudy, Hanys, ocierając z mydła policzek, powiedział: „Bolek, pamię­taj, na czym urwaliśmy...”. Poszedł, po go­dzinie z lagru przyleciał Laufer (Mucha się nazywał): „Wiecie, wyrok. Hanys i jeszcze sześciu ze Śląska, prosto ich wzięli na XI-kę, pod Kugelfang, Palitsch za nimi, rozwalił ich z miejsca...”. Nie potrafię dziś powiedzieć, jak bardzo wtedy nie chciało się w to uwierzyć. Potworna metoda znikania z życia.

Ale i sprawy życia oraz przetrwania były ważne. Niektórzy komuniści niemieccy pod­ciągali załamujących się. Co wy, mówił Karl, ja już dziewiąty rok siedzę, nic mnie nie złamie, co dzień rano mówię sobie: „Ich muss, ich muss, muszę przetrzymać”. Jakaś samopomoc duchowa i patriotyczna działała na wiele sposobów. Wieczorami na blokach mówiono sobie pogadanki na różne, rzec by można oświatowe, tematy. Byle nie zmuzułmanieć, bo wtedy – tylko do pieca, oczywiście: krematoryjnego. Wynajdywano sobie różne zainteresowania – dawne i no­we. Wiele wieczorów przesiedziałem z Miet­kiem Kościelniakiem. Mówił tylko on, nie­wyczerpane źródło informacji o muzyce: for­my muzyczne, biografie wielkich kompozytorów, drobiazgowe analizy preludiów, nok­turnów, nawet symfonii. Skąd on to wszy­stko wiedział. I jak pamiętał. No i dowcip o tym, że Kościelniak jest malarzem. On właśnie jest twórcą znanych rysunków, przed­stawiających życie oświęcimskie. Komiczne, ale po wojnie już się z Kościelniakiem nie widziałem. Oglądam w czasopismach jego rysunki: postaci w pasiakach, druty, baraki... Czy uprawia dalej tą swą śliczną muzykolo­gię, nie wiem. A chętnie bym kiedyś jeszcze posłuchał.

Albo to oświęcimskie słynne muzykowanie. Słynna, ogromna orkiestra, prowadzona – i to jak – przez Franca Nierychłę. Niemcy protegowali tę imprezę. W 42 (nim wywiezio­no mnie z Oświęcimia) był specjalny blok przeznaczony na koncerty, grano cały cykl Beethovena, a w niedzielne przedpołudnia ulicami lagru oświęcimskiego ciągnął cap­strzyk znakomitej orkiestry z jarzącym bły­skiem trąb, w grzmocie puzonów i helikonów. Ten przemarsz kończył się stale Platzkonzertem. Któż nie pamięta z tych wspomnień Lekkiej kawalerii Suppego i Tańców węgier­skich Brahmsa. Tak było w wypucowanym na połysk tak zwanym Stammlagrze, a nieda­leko w Birkenau okropne baraki i straszne szuflady do spania. I mnóstwo kobiet, któ­rym nikt nie ofiarował propagandowego blich­tru Stammlagru, choć pierwotnie tam był po­czątek obozu kobiecego. Pamiętam przyjazd pierwszego transportu kobiecego, obserwo­waliśmy rampę kolejową z okien piętrowego HWL-u, my, pierwsze numery, już trzy lata nie widzieliśmy kobiet, jakby z wagonów sypnęła się na perony łąka kwiatów. Były to, o ile pamiętam, Żydówki węgierskie. Za kilka dni te kwiaty z ogolonymi głowami, w męskich pasiakach i na bosaka – a wiosna była zimna – tragicznie zmięte, smutne, przemarznięte mijały co rano kolumny starych bywalców, nieźle już ubranych i obutych. Szykanowano kobiety bardziej niż mężczyzn, to było widocz­ne, żadne formy pomocy nie wchodziły w grę. To miały być prymicje kobiecego Oświęcimia. Zresztą wnet potem kobiety wyprowadzono ze Stammlagru do Birkenau-Brzezinki – i tam rozegrały się sprawy późniejszego Ostatniego etapu i późniejszej Pasażerki”. Miliony widzów choćby z filmu znają księży­cowy, nieludzki krajobraz tego obozu. Swoistą „elegancję” Stammlagru ze słynną bramą (Arbeit macht frei) znają przede wszystkim dzisiejsze ekskursje turystyczne. Poznajcie Oświęcim! Wiesz, jak jest. Ba, żeby to można tak po prostu opowiedzieć i tak po prostu przedstawić. A przecież opowiedzieć i opisać – trzeba.

Pewnej niedzieli przed południem pracy dodatkowej nie było, tylko na blokach sprzątanie i oporządek własny haeftlingów. Wiosna, słońce – otóż pewnej niedzieli współtowarzysz z bloku XA, Jacek Dąbrow­ski, przed obozem doktor teologii i jezuita, w obozie cieśla oraz mój przyjaciel, zabrał mnie ze sobą w stronę jednego z nowo budujących się bloków. Zobaczysz coś bardzo ważnego – powiedział – ale masz milczeć, ani słowa nikomu, sam zrozumiesz. Weszliśmy do piwnicy. Stał tu jakiś pomniejszy kapo-Nie­miec, ale czerwony (czerwony trójkąt więźnia politycznego). Otworzył z klucza drzwi składu narzędzi. Weszliśmy w mrok, drzwi za nami zamknięto na klucz. Jacek otwarł inne drzwi­czki w głębi, znowu jakaś piwniczna izba. W niej trzech jakichś więźniów w pasiakach. Nikt nie mówił ani słowa, nie było żadnej osobistej prezentacji. Jacek wydobył spod pasiaka złożoną tekturkę, z niej – opłatka kawałeczek. Jeden z będących tam haeft­lingów ujął zwyczajny kubek obozowy, przykrył go kawałkiem blachy cynowej, na niej umieścił ów opłatek. Drugi z haeftlingów wydobył zza deski maleńką flaszeczkę, w niej trochę ciemnego płynu – wino. Na desce, poziomo na beczce wspartej, ustawiono dwa ogarki świeczek, zapalono je, w środku krzyż związany po prostu z dwóch patyczków. Ja­cek cofnął się ze mną pod ścianę. Tamci trzej przed tym zaimprowizowanym ołtarzem. Ci po bokach uklękli, środkowy, stojąc, przekre­ślił piersi szerokim znakiem krzyża. „Introibo ad altare Dei...” Zaczęła się msza święta. Byłem świadkiem liturgii, jakiej od czasów pierw­szych chrześcijan nikt chyba nie oglądał. Lu-

– 16 –

dzie w więziennych ubraniach, kubek wię­zienny i blaszka z opłatkiem, słowa liturgii mówione po łacinie z pamięci. Półmrok, bły­skanie ogarków, przyklękanie i obroty we­dług reguł ceremonii. „Ite, missa est”. Nie dowiedziałem się, kim byli tamci trzej ani ten wtajemniczony kapo, który nas po obrzę­dzie na znak umówionego pukania wypuścił. Nie odzywałem się i tylko gdy wyszliśmy na słońce, rozlane nad placem apelowym, zapy­tałem Jacka: po co mnie w to wtajemniczy­łeś? Odpowiedział, mrużąc oczy: żebyś to opisał, zajmujesz się zawodowo pisaniem, to twój obowiązek. Jeśli przeżyję, powiedzia­łem. Ktoś na pewno przeżyje, odpowiedział.

Później jeszcze Wacek Chmielek, gdy powarkiwałem na jego obyczaje jako cieśli (to najpierw) i jako lekarza na rewirze (to póź­niej), zwykł mawiać: już sobie wyobrażam, jak sensacyjnie będziesz to wszystko opisy­wał, i jak mnie osmarujesz. A gdy miałem wątpliwości – kto wie, czy w ogóle będę o tym pisał – robił zdziwione oczy: przecież to niemożliwe, żeby tego wszystkiego nie opisać, od tego są tacy jak ty, może się tylko trafić co innego: że nikt tego nie zrozumie.

„W roku 1943 znalazłam się w Oświęci­miu” – mówi autorka Ostatniego etapu Wanda Jakubowska (tekst scenariusza tegoż filmu, wydanie FAW z roku 1955, wypowiedź autorki). „Obóz oświęcimski był czymś, co przewyższało swą okropnością wszystko znane mi dotąd. Wtedy też zetknęłam się z komunistką niemiecką Gerdą Schneider i innymi więźniarkami.
W tym gronie za­częłyśmy mówić o koncepcji filmu. Doszły­śmy do wniosku, że film o obozie ma tylko wówczas sens, gdy autor patrzy na fakty oczami jak gdyby człowieka z zewnątrz,
a nie traktuje wszystkiego subiektywnie”. Ta de­klaracja czy też program zdokumentowany został w roku 1948 filmem, który wprowadził Polskę na karty historii filmu światowego, Ostatnim etapem w realizacji Wandy Jaku­bowskiej. Filmu tego przypominać nie trzeba, znają go bowiem wszyscy. Chwalić również nie trzeba, ponieważ jest to dzieło klasy uzna­nej w całym świecie. To trzeba podkreślić, iż dzieło to ustaliło w pewnym sensie sposób przedstawiania okropności obozów koncen­tracyjnych – sposób swoistego crescendo patosu i symboliki. Otwierająca Ostatni etap znakomita scena apelu przemawia akcentem realizmu i surowej grozy rzeczo­wości. Taki ceremoniał Zählapelu ma każdy obozowicz pod powiekami, przeżywało się to tyle razy, so manche Monat, Tag und Jahr. Tak było naprawdę i tak to rzeczywiście wy­glądało. Jest to znakomita weryfikacja tema­tu jakże realistycznego – weryfikacja operu­jąca wszystkimi elementami precyzyjnej kompozycji artystycznej. Jeśli któraś ze scen Ostatniego etapu wbija się widzowi w pamięć, to przede wszystkim ta pierwsza. A w miarę biegu akcji film Jakubowskiej staje się coraz bardziej uogólniony i symboliczny. I coraz bardziej patetyczny – aż do apogeum sceny ostatniej z jej teatralną kompozycją centralną, aż do ostatnich słów o sensie wezwania i programu: „Nie pozwólcie, żeby Oświęcim się powtórzył”. Ta deklaracja twórcza Jakubowskiej znajdzie odpowiedź kontrowersyjną i polemiczną wraz z artystycz­nymi konsekwencjami: postaci przeciw postaciom, sytuacja przeciw sytuacji, wypo­wiedź przeciw wypowiedziom. Tą jedyną w swoim rodzaju ripostą na film Jakubow­skiej jest Pasażerka.

Zanim powie się słów parę o tej niezwykłej, moim skromnym zdaniem, kontrowersji dziełowej dwojga wybitnych artystów, trzeba parę słów poświęcić samej tematyce polskich filmów o obozach koncentracyjnych. I tak sama Jakubowska stworzyła jeszcze jeden film o oświęcimskim obozie, biorąc za kanwę powieść Hołuja Koniec naszego świata. W rezultacie – jaka powieść, taki film: prze­ładowane szczegółami o nieważnej lub przy­padkowej wymowie, przepsychologizowane, melodramatyczne. Tadeusz Hołuj jest auten­tycznym oświęcimiakiem i zasłużonym dzia­łaczem zbowidowym, ale nie ma tego daru widzenia, jaki miał Tadeusz Borowski. To, że Hołuj nie jest Borowskim, to nie grzech – ale film Jakubowskiej ani w części nie powtórzył klasy Ostatniego etapu. Jest jeszcze jeden – całkiem niedawny – film o tematyce obo­zowej: Wycieczka w nieznane, stworzony przez utalentowanego dokumentarzystę Je­rzego Ziarnika na podstawie opowiadania Brychta Wycieczka Auschwitz-Birkenau. Sam typ pierwowzoru literackiego zwalnia od traktowania tego filmu na serio. Żeby po­wiedzieć jaśniej – opowiadanie jest bardzo niedobre, do tego pretensjonalne. Co można więc powiedzieć o filmie? Że dobre partie o zacięciu dokumentalnym? W rezultacie – film niewypał.

O wiele lepszą kartę relacji filmowych o obozach koncentracyjnych zapisali polscy dokumentarzyści. Były zresztą filmy do­kumentalne o obozach koncentracyjnych – nie tylko polskie. Dzieło Alaina Resnais – Noc i mgła stanowi tu pozycję cenną o światowym rozgłosie. Surowa wymowa po­zostałych i przechowanych rekwizytów okrut­nej historii, odnalezione albumy i pojedyncze zdjęcia, przedmioty i pomieszczenia – wszy­stko to, znieruchomiałe już i bezduszne, stwa­rza niepowtarzalną poetykę grozy i gniewu. Poetykę i dramaturgię.

Na tle takich osiągnięć dokumentu filmo­wego jakże trudne staje zadanie przed filmowcem-fabularzystą, który pragnie opra­cować temat koncentracyjny. Jakże łatwo okropność przemienić na perwersję, a krzyk rozpaczy na patetyczny bełkot. Jakże łatwo tu o melodramat lub agitkę. Wobec tych trud­ności – a istniały one w tej tematyce zawsze – nic dziwnego, że w skali kinematografii światowej brak tu wybitniejszych osiągnięć. Ani Los człowieka Bondarczuka, ani Ka­po Pontecorvo, ani Nadzy wśród wilków według Apitza nie zaliczają się do kategorii dzieł wielkich, chociaż nikt nie zarzuci im braku uczciwości, a ich twórcom – dobrych chęci. Na tym tle – również mierząc skalą światową – wyjątek stanowią dwa polskie filmy: Jakubowskiej Ostatni etap i Munka Pasażerka. O ich walorach artystycznych była już mowa. Na uwagę zasługuje – jak już wspomniano – ich interesująca, a wi­doczna przeciwstawność.

Nie wiem, czy warto podejmować badania genetyczne, które by ustaliły, czy zamiar twór­czy Zofii Posmysz (autorki pierwowzoru li­terackiego filmu Munka) stał w jakimkolwiek stosunku odniesienia do istniejącego już filmu Jakubowskiej. Prawdopodobnie – nie. Istnieją one natomiast – te kontrowersyjne powiązania – w filmie Munka. Czy były zamierzone? Twórca nie powie już niczego, mówi za to jego dzieło. Wiele drobnych rea­liów treści i epizodów akcji jest jakby powtó­rzone – w sensie całkowicie przeciwstaw­nym – z filmu Jakubowskiej. Zaczyna się to od osoby naczelnej esesmanki, którą gra ta sama Śląska w identycznej prawie postaci zewnętrznej (ubiór, zachowanie się, sylwetka psychiczna), obejmuje wiele sytuacji i wi­doków i kończy się na klimacie baraku obo­zowego. Nawet postać małej lauferki jest

– 17 –

jakby powtórzona za Jakubowską. Nie idzie tu o mechaniczne powtórzenia; jakże łatwe przy analogicznym sztafażu tematycznym. Idzie natomiast o całą i pełną koncepcję od­dania klimatu obozu. Program Jakubowskiej był poprzednio cytowany: „…jak gdyby oczami człowieka z zewnątrz” – przeciw subiektywizacji widzenia. Munk postępuje przeciwnie. Jego racje są subiektywne, choć dotyczą tylko jednej osoby – esesmanki Lizy. Subiektywizacja ta zatacza jednak szersze kręgi i sięga po odczucia widza. Autor filmu posługuje się tu narzędziem specjalnie precy­zyjnym – stworzeniem obiektywnej, rzeczo­wej atmosfery zdarzeń i wyglądów. Film Munka nie ma w sobie niczego z infernalności Ostatniego etapu. Nawet wydarzenia nie­zwykłe i groźne same w sobie (spęd nagich kobiet) mają przebieg beznamiętnych wyda­rzeń z codzienności. Po prostu barak, po prostu ludzie, po prostu polecenia i stanie na baczność. Nic nadzwyczajnego. I w tym spostrzeżeniu leży genialność Munka. Kto mu to podpowiedział, boć sam on przecież doświadczeń obozowych nie posiadał? Taka właśnie była aura codzienności obozowej, zwłaszcza w Oświęcimiu, także w Dachau, innym wielkim obozie koncentracyjnym. Na zewnątrz czysto i pozamiatane, śpiewające kolumny ciągną na obiad, zaprasowane portki sztubeneltestrów, obojętne gęby esesmanów-służbowych. Wieczorami nawet śpiewy na blokach, w niedziele mecze pił­karskie i produkcje orkiestry. Burze, awan­tury, łapanki – nie to było najgroźniejsze. Groźne było ciche i stałe łamanie charakterów i wytrzymałości ludzi. Groźne było szczucie więźniów na siebie, groźne były przywileje, które można było otrzymać, ale zawsze kosz­tem kogoś z towarzyszy. To było drugie dno obozu, który z zasady na zewnątrz promie­niował (idzie o obozy większe) ładem i po­zornym spokojem. Pozornym – bo każda wyhandlowana kostka margaryny, każdy otrzymany dodatkowo kawał chleba, każda łyżka dodatkowa zupy miały swoją wysoką cenę. Były komuś odjęte – czasem z życiem. Tak właśnie zobaczył Oświęcim Tadeusz Bo­rowski, tak przedstawił go na ekranie Andrzej Munk.

Poetycznemu, pełnemu dynamicznych wy­darzeń opowiadaniu oświęcimskiemu Jaku­bowskiej przeciwstawia Munk niebogatą w sensacyjne realia codzienność stosunków esesmanki i jej upatrzonej pupilki. Bohaterka Jakubowskiej odniesie zwycięstwo zagrobowe, i to tylko w skali historycznej. Wygrana bohaterki Munka jest z tej ziemi. Pokonała Lizę w skali psychicznej, sama obóz przetrwa­ła. Jej zwycięstwo ma charakter ludzki.

Pasażerka jako odwrotność Ostatniego etapu – problem ten zasługuje na szersze opracowanie. Czy tylko przeciwstawność poetyk? Czy dwa różne sposoby widzenia realiów historycznych? A może dwa typy pojmowania humanizmu?

Na zbieżność realiów obu filmów przy roz­bieżności postaw filozoficznych nie zwróco­no dotychczas uwagi. I nikogo nie zastano­wiło, że bohaterki obu fabuł – tej od Jaku­bowskiej i tej od Munka – noszą to samo imię: Marta.

– 18 –

 

Bolesław W. Lewicki

Wróć do poprzedniej strony

Wybrane wideo

  • O PROGRAMIE APF, dr Rafał Marszałek
  • POLSKIE KINO POWOJENNE, dr Rafał Marszałek
  • Fenomen Polskiej Szkoły Filmowej
kanał na YouTube

Wybrane artykuły