Artykuły

"Pleograf. Kwartalnik Akademii Polskiego Filmu", nr 3/2017

W DRUKU:



AWARIA SAMOSTERU. STAN WEWNĘTRZNY KRZYSZTOFA TCHÓRZEWSKIEGO

Joanna Preizner

autor plakatu: Lech Majewski, źródło: Gapla FN

Tekst jest rozdziałem z przygotowywanej do druku książki Joanny Preizner Czas ołowiany. Obrazy stanu wojennego w filmie fabularnym.



Ze Wstępu do książki:

Kino opowiada historie – i Historię. O wydarzeniach z przeszłości kraju, narodu czy świata myślimy ikonicznymi obrazami wielokrotnie powielanymi przez filmy dokumentalne i fabularne. Stan wojenny jest jednym z takich wydarzeń. Historia pokazana przez kino jest jednak niepełna – to zbiór epizodów, których treść i kształt zależne są od czasu i okoliczności powstania danego filmu, perspektywy jego twórcy, jego poglądów politycznych, osobistych doświadczeń bądź doświadczeń innych, jeśli twórca jest zbyt młody, by świadomie i dojrzale przeżyć początek lat 80. Czas ołowiany. Obraz stanu wojennego w filmie fabularnym nie rekonstruuje historii tego okresu, lecz pokazuje, jak kino go sportretowało i przetworzyło. Mówi nie tyle o samym stanie wojennym, ile o tym, jak był i jest pamiętany i odbierany. O tym, co stanowi wspólny mianownik zbiorowej pamięci, i o tym, co pojawia się jako doświadczenie jednostkowe, przeżywane jednak w kontekście politycznych wydarzeń.

To pierwsza monografia obejmująca pełnometrażowe filmy fabularne poświęcone stanowi wojennemu w Polsce. Niewiele jest wśród nich dzieł znakomitych, jeszcze mniej – wybitnych, niemniej jednak zasługują na uwagę filmoznawcy historyka. Wydarzenia lat 1981–1983 wciąż budzą bardzo wiele emocji i kontrowersji, wywołują rozmaite reakcje, są przyczyną politycznych i ideologicznych sporów. Polskie kino zaczęło je rejestrować niemal natychmiast po grudniu 1981 i mimo upływu trzech dekad wciąż regularnie powraca do tego tematu, pokazując to doświadczenie z wielu stron i perspektyw, opisując je i interpretując. Warto zatem spróbować pokusić się o opracowanie będące próbą syntezy filmowego ujęcia tego problemu. Być może niektórym wyda się ono niepełne, nie zdecydowałam się bowiem na zawarcie w swojej książce samodzielnych analiz filmów dokumentalnych, choć niejednokrotnie się do nich odwołuję. Nie dlatego, że jest ich niewiele lub nie są istotne – istnieją setki takich pozycji, zaś co najmniej kilkanaście to obrazy bardzo wartościowe. Film dokumentalny rządzi się jednak innymi prawami niż fabuła, która nie rejestruje wydarzeń historycznych, lecz je odtwarza i przetwarza, interpretuje i ocenia. Mnie zaś interesuje nie tylko Historia rozumiana jako zbiór faktów, nazwisk i dat, lecz pamięć o niej przekazywana za pomocą narracji o indywidualnych losach filmowych bohaterów – fikcyjnych, lecz przecież zbudowanych na podstawie rzeczywistych ludzkich doświadczeń, i mniej lub bardziej reprezentatywnych dla ówczesnego społeczeństwa. Życie każdej jednostki to niezwykła historia, po części dlatego, że jest niepowtarzalne, po części dlatego, że na różne sposoby odzwierciedla wiele innych biografii[1] – pisze Shana Penn w książce poświęconej kobietom Solidarności. Nie sposób się z nią nie zgodzić. 

Czas ołowiany nie jest książką rozliczeniową. Nie próbuję odpowiadać na pytania: „czy stan wojenny był potrzebny” i „co by się stało, gdyby go nie wprowadzono”. Nie znam odpowiedzi. Moimi bohaterami tego czasu nie są jednak ludzie Generała, lecz ci, których stać było na sprzeciw i opór wobec totalitarnego systemu. Swoją monografię filmów o stanie wojennym traktuję nie tylko jako studium tematu, lecz także jako gest solidarności z określoną postawą moralną. Nie ukrywam swojej perspektywy, tak jak nie ukrywają jej twórcy omawianych przeze mnie filmów. Mając jednak świadomość łaski późnego urodzenia, staram się zachować obiektywizm i zrozumieć – nie zaś sądzić – filmowych protagonistów, w których wyborach odbijają się decyzje podejmowane wówczas przez tysiące Polaków. Zdaję sobie sprawę, że nie mogę mieć żadnej pewności – a zatem i prawa do ferowania wyroków - że w podobnej sytuacji zachowałabym się godnie. Mogę mieć jedynie nadzieję.

 

 

Marian Opania w filmie Stan wewnętrzny, fot. Henryk Włoch, źródło: Fototeka FN

Jak mam wypowiedzieć to, co jest we mnie, co myślę i czuję, moją straszną pogardę i moją straszną nienawiść, ale i moją straszną litość dla tych, którzy okradli nas z wolności, dla tych, którzy zabrali nam naszą miłość, naszą nadzieję. I jak mam wypowiedzieć to, co jest w nich, w tych, którzy zostali razem ze mną okradzeni, i to, co jest w tamtych, którzy nas okradli, jak mam wypowiedzieć to, co oni myślą i czują, ci jedni i ci drudzy, to, co oni przeżyli, ich cierpienia, ich wzajemną nienawiść, ich rozpacz, ich determinację[2].

Jarosław Marek Rymkiewicz, Rozmowy polskie latem roku 1983

*

Można próbować, ale chyba zdecydowanie prościej jest pokazać tego rodzaju skłębione, splątane emocje – stan wewnętrzny ludzi w szoku. A nawet jeśli nie jest łatwiej, nawet jeśli – tak do końca – nie jest to możliwe, warto przynajmniej spróbować. Z takiego założenia wyszedł jesienią 1982 roku Krzysztof Tchórzewski – 32-letni absolwent historii sztuki na Uniwersytecie Warszawskim i Wydziału Reżyserii PWSFTviT w Łodzi, planując swój pełnometrażowy debiut fabularny. Razem z Jackiem Janczarskim, na podstawie opowiadania Samotna tego ostatniego, napisali scenariusz filmu opowiadającego o życiowych wyborach kilkorga ludzi związanych z Solidarnością, w obliczu stanu wojennego.

Zdjęcia do Stanu wewnętrznego realizowano na przełomie 1982 i 1983 roku. Autor filmu, zastrzegając, że nie chciałby, by zabrzmiało to patetycznie, powiedział po latach, że decyzja o nakręceniu tego obrazu wynikała z jego świadomości powinności wobec społeczeństwa. W takich sytuacjach jak po 13 grudnia – mówił – jeżeli istnieje możliwość zareagowania i zrobienia takiego filmu, który pokaże tę rzeczywistość, nie można się zawahać. Chyba udało nam się zrealizować ten film przez przypadek. Byłem wtedy jeszcze młodym człowiekiem i nikt nie spodziewał się, że właśnie młody reżyser może podjąć się takiego tematu. Być może nie przeczytano dokładnie scenariusza, podczas gdy scenariusze innych moich kolegów czytane były dokładniej. Po prostu udało nam się zrobić ten film (...). Oczywiście, zapłaciłem za to osobistą cenę, ponieważ przez kilka lat nie robiłem żadnych filmów[3]

Gorzki i niewygodny dla ówczesnych władz obraz nie został wówczas zaprezentowany widzom. Nie doszło w ogóle do kolaudacji filmu, który formalnie stanowił masę upadłościową Zespołu Filmowego „X”, rozwiązanego w maju 1983 roku. Reżysera, którzy rzekomo naraził przedsiębiorstwo na straty, chciano nawet w pewnym momencie obciążyć kosztami produkcji (bagatela – w wysokości kilkudziesięciu milionów złotych) z możliwością zamiany na zastępczą karę więzienia. Film nie istniał, nie pisano o nim ani nie mówiono, nie odbył się żaden jego publiczny pokaz. Tchórzewski, choć podziemni wydawcy złożyli mu propozycję rozpowszechniania obrazu w drugim obiegu na kasetach wideo, tak jak działo się to z zatrzymanym Przesłuchaniem (1982) Ryszarda Bugajskiego, nie zaakceptował jej z obawy, że w odwecie komunistyczne władze zlecą zniszczenie oryginalnej taśmy. Czekał. Sześć lat po ukończeniu realizacji Stanu wewnętrznego, 25 sierpnia 1989 roku odbyła się premiera filmu.

Siłą rzeczy odbierany był zupełnie inaczej, niż mógłby być, gdyby pokazano go w momencie jego powstania. Był przecież adresowany do innego widza, żyjącego w innym kontekście, innym czasie. Oglądany w lecie 1989 roku, trzy miesiące po pierwszych po wojnie demokratycznych wyborach, pokazany szerokiej widowni dzień po wyborze Tadeusza Mazowieckiego na urząd premiera, miał zdecydowanie słabszą siłę rażenia. Mógł wywoływać refleksję, zachęcać do namysłu, ale nie mówił już o czymś, co wciąż dotyczyło ludzi zgromadzonych w kinach[4].

Oczywiście każde zatrzymanie filmu jest niewybaczalnym nadużyciem – mówił reżyser tuż przed premierą Stanu wewnętrznego – bowiem filmy robi się dla publiczności w konkretnym czasie. Jeśli w tym czasie nie zostaną obejrzane, czy jeszcze gorzej: jeśli w ogóle nie zostaną nakręcone, to powstaje luka nie do odrobienia. A ilu filmów nie nakręcono po 13 grudnia czy w ogóle w latach 80.? Bo nie było szans na ich realizację, bo środowisko było zastraszone, bo w końcu przestaliśmy tę rzeczywistość dostrzegać i czuć. Nawet po zwolnieniu wszystkich półkowników okaże się, że dorobek tych lat jest raczej mizerny. Ale problem „świata nieprzedstawionego” w filmie polskim lat 80. to temat na osobną rozmowę[5].

Stan wewnętrzny to obraz całkowicie odmienny od powstałej kilka miesięcy wcześniej Wigilii ’81. W momencie jego realizacji od 13 grudnia minął już niemal rok, pierwsze emocje opadły, stan szoku ustąpił miejsca wielu innym uczuciom i emocjom. Społeczeństwo oswoiło się do pewnego stopnia z nowymi realiami, nauczyło się rozpoznawać zagrożenia, pojawiły się różnorakie formy oporu, zorganizowało się podziemie. Wigilia pokazywała, a raczej sygnalizowała, pewien bardzo skromny wycinek dotyczący wojny polsko-jaruzelskiej, odwołując się do wrażliwości, wiedzy i doświadczeń widzów. Jej autor posługiwał się aluzjami i sugestiami, nieczytelnymi, zwłaszcza dzisiaj, dla kogoś mniej uważnego lub niezbyt zainteresowanego tematem. Twórcy Stanu wewnętrznego, przygotowując swój obraz, mieli natomiast ambicje zarejestrowania wielu sytuacji i zachowań charakterystycznych dla pierwszych miesięcy stanu wyjątkowego i pokazania ich wprost, w całej ich złożoności. Efekt końcowy okazał się daleki od zamierzonego, co nie zmienia jednak faktu, że Stan wewnętrzny był pierwszą filmową próbą syntezy zjawiska nazwanego stanem wojennym – próbą, co nie jest przecież bez znaczenia, podjętą jeszcze w trakcie jego trwania.

Krystyna Janda (Ewa Jaskólska) w filmie Stan wewnętrzny, fot. Henryk Włoch, źródło: Fototeka FN

Akcja filmu rozpoczyna się na kilka tygodni przed 13 grudnia. Żeglarka Ewa Jaskólska wyrusza w rejs dookoła świata, a oddani jej przyjaciele organizują dla niej przyjęcie pożegnalne w Yacht Clubie Stoczni Gdańskiej. Jest to więc miejsce szczególne, obciążone pozakadrowymi znaczeniami. Jesteśmy w kolebce Solidarności, a ludzie, którym będziemy towarzyszyć, byli świadkami epokowego wydarzenia i to doświadczenie musiało wywrzeć na nich wpływ. Nieprzypadkowo Krzysztof Tchórzewski wielokrotnie nawiązuje w swoim filmie do Człowieka z żelaza (1981) Andrzeja Wajdy, opowiadającego właśnie o ostatnich dniach sierpnia 1980 roku na Wybrzeżu, pokazującego stawanie się cudu i związane z nim emocje i refleksje. Ewę Jaskólską gra Krystyna Janda, często przypominająca stylem ubrania i uczesaniem bohaterkę Człowieka z marmuru (1976) i Człowieka z żelaza (związane w ciasny kok blond włosy, twarz pozbawiona makijażu, żeglarski worek na ramieniu, skromna, niedbała odzież); zaś jej przyjaciela Maćka – również, jak w filmie Wajdy, dziennikarza – gra Marian Opania. Obok nich pojawia się w filmie także Janusz Gajos, choć w roli o zupełnie innym charakterze. Jeden z przyjaciół Ewy, czekając na rozmowę z nią, gra na pianinie motyw muzyczny z Człowieka z żelaza, a zaraz potem melodię, śpiewanej przez Krystynę Jandę w finale tego samego filmu, Ballady o Janku Wiśniewskim. Scena rozmowy Maćka z partyjnym aparatczykiem w telewizyjnej redakcji (jeszcze do niej wrócimy) jest wyraźnie inspirowana podobną sytuacją z Człowieka z żelaza. Wreszcie, nie bez znaczenia jest fakt, że film Krzysztofa Tchórzewskiego powstawał w kierowanym przez Andrzeja Wajdę zespole „X”, choć po latach wszedł na ekrany pod firmą zespołu „Tor”.

Jedna z początkowych scen Stanu wewnętrznego jest bezpośrednim nawiązaniem do wydarzeń Sierpnia. Reżyser umieszcza ją w sali BHP, w której podpisano porozumienia, a w której dzisiaj – na początku grudnia 1981 roku – jest przygotowywany spektakl im poświęcony. Ktoś śpiewa przy akompaniamencie gitary popularną piosenkę Macieja Pietrzyka Boże nasz (My stoczniowcy i portowcy dzisiaj tu, zwyciężymy, przeżyjemy cały trud (...). Boże nasz, jak ten strajk długo trwa…). Jacek Fedorowicz gra tutaj samego siebie – opozycyjnego satyryka ze znaczkiem Solidarności na swetrze, który kończy swój felieton słowami, że musi długo żyć, żeby doczekać. A warto doczekać. Warto. A w tle popiersie Lenina i długie stoły, przy których siedzieli członkowie Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego, doradcy, delegaci zakładów pracy i wspomagający strajk. Zestawienie tych dwóch elementów – figury komunistycznego świętego i antykomunistycznych treści, charakteryzuje do pewnego stopnia ten moment i to miejsce. W tej samej przestrzeni funkcjonują dwojakie, przeciwstawne sobie treści i nikogo to nie zaskakuje – jest to tak powszechne, że uważane za naturalne. Próby zostają przerwane – ktoś przynosi wiadomość, że trzeba szybko zwolnić salę, ponieważ za chwilę będzie w niej obradować „krajówka”, czyli Komisja Krajowa Solidarności. Scena, która nie posuwa akcji do przodu ani nie wnosi nic do portretu psychologicznego bohaterów, została zrealizowana wyłącznie po to, by odwołać się do wiedzy widza – przypomnieć mu Sierpień i jednocześnie zmusić do zadania pytania o to, co stało się w Grudniu z ludźmi z owej „krajówki”. Widz wiedział przecież, że kiedy po kilkunastu godzinach męczących i bardzo burzliwych dyskusji delegaci udali się w końcu do hotelu, niemal wszystkich wygarnęła stamtąd bezpieka i internowała.

Ewa także należy do Solidarności, członkami lub sympatykami związku są również bliscy jej ludzie. Emblematów „S” w otoczeniu kobiety jest sporo – bohaterowie mają przypięte do ubrań plakietki z logo NSZZ, przy każdej okazji składają palce w znak „V”. Jedna z łodzi Yacht Clubu nosi nazwę „Stoczniowiec ‘80”, wymalowaną „solidarycą” na burcie. W tym środowisku jest oczywiste, że przyzwoici, sympatyczni ludzie są po właściwej, a więc solidarnościowej stronie, zaś po tej drugiej zostali tacy, z którymi nie chce się i nie powinno się mieć nic wspólnego – wredni, śliscy, głupi i prymitywni. Rzeczywistość w tej wizji wydaje się czarno-biała, linie podziału są bardzo wyraźnie zaznaczone. Na pewno spora część społeczeństwa w czasie stanu wojennego tak właśnie postrzegała realia, ale przecież podział ten nie był tak jednoznaczny i oczywisty. Przynależność do Solidarności nie była gwarancją moralności, tak jak posiadanie legitymacji PZPR (zresztą jedno nie wykluczało drugiego) nie oznaczało, że jej właściciel jest draniem i kanalią[6]. Ta sztywność kryteriów oceny, jednoznaczność postaw z dzisiejszej perspektywy budzi opór, ale być może z perspektywy ówczesnego widza, zwłaszcza nastawionego opozycyjnie, była uzasadniona.

W otoczeniu Ewy wyróżniają się trzej mężczyźni: Jerzy, były mąż, wciąż bardzo jej bliski, jest cenionym i nagradzanym architektem; aktualny partner Kuba – komandor; najbliższy przyjaciel Maciek – dziennikarz. Łączą ich z Ewą silne i jednocześnie bardzo skomplikowane relacje. Jerzy nie do końca rozumie, dlaczego się rozstali, ale łódź, którą dla niej zaprojektował i na której Ewa ma nadzieję pobić rekord świata, jest w istocie gestem miłosnym, potwierdzeniem wciąż trwającego uczucia. Komandor Kuba umożliwił Ewie wymarzony rejs: wyposażył jacht w najlepszy sprzęt, znalazł źródła finansowania wyprawy i załatwił potrzebne pozwolenia. Wie, że oznacza to kilkumiesięczne rozstanie z ukochaną kobietą, ale decyduje się na to, by ona była szczęśliwa i mogła osiągnąć to, co dla niej ważne. Zaś dziennikarz Maciek przygotowuje o Ewie reportaż, stara się ją pokazać nie tylko jako znakomitą żeglarkę, ale przede wszystkim niezwykłą kobietę, którą jest zafascynowany i o której myśli, choć wie, że nigdy nie będą razem.

Marian Opania (Maciek) i Krystyna Janda (Ewa) w filmie Stan wewnętrzny, fot. Henryk Włoch, źródło: Fototeka FN

Tych trzech żegna wypływającą Ewę – będą na nią czekać, wspierać ją i trzymać za nią kciuki. W ferworze radości nie zauważają, tak jak nie zauważa tego pochłonięta rejsem Ewa, że atmosfera w Polsce warzy się z dnia na dzień, że pojawia się coraz więcej niepokojących sygnałów. Porozumienia podpisane z władzą w Gdańsku nie są realizowane, media podają informacje o kolejnych strajkach i fiasku rozmów z przywódcami Solidarności, zamiast otwartości w debacie publicznej jest coraz więcej przekłamań i ewidentnie złej woli strony rządowej. Maciek w reportażu przygotowywanym już w trakcie nieobecności Ewy próbuje zamieścić jej wypowiedź o układach i protekcjach, z którymi walczyła, przygotowując się do rejsu, ale ten fragment, jako niewygodny, zostaje wycięty. Ten sam los spotyka wzmiankę o prywatnym życiu Ewy i klęsce jej małżeństwa – kobieta jest wizytówką Polski i socjalistycznego sportu, wzorem do naśladowania, na jej wizerunku nie może więc zaistnieć taka skaza jak rozwód. A kiedy Maciek pyta: Czy teraz, kiedy powstała Solidarność, coś w waszym środowisku zmieniło się? – pytanie pozostaje bez odpowiedzi.

12 grudnia, w sobotę światowe media podają informację o sukcesie kapitan Jaskólskiej, której udało się osiągnąć zamierzony cel – pobiła rekord, jest najszybszą żeglarką na świecie. Wieczorem przyjaciele Ewy czekają w mieszkaniu Kuby na rozmowę telefoniczną z nią – połączenie zostaje nawiązane tuż przed północą. Pełen radości głos Ewy cichnie nagle, telefon głuchnie. Maciek, który wyszedł wcześniej, mając nadzieję na przeprowadzenie kilku wywiadów z członkami wspomnianej wyżej „krajówki”, staje w drzwiach Kuby z hiobową wieścią: Doczekaliśmy się. Mamy stan wyjątkowy.

Każdy z bohaterów opowieści zostaje postawiony w innej sytuacji i jednocześnie każdy z nich ma dokonać wyboru o charakterze moralnym. Ewa musi zdecydować, czy kontynuować rejs, czy go przerwać i poprosić o azyl za granicą, a może przerwać rejs, ale po to, by wrócić do Polski. Kuba kierujący Yacht Clubem albo podpisze deklarację lojalności i zostanie na stanowisku, co pozwoli mu zachować łączność radiową z Ewą – jedyną w obecnej sytuacji możliwość kontaktu, albo tego nie zrobi i straci jakikolwiek wpływ na wydarzenia. Jerzy, który dostał właśnie prestiżową międzynarodową nagrodę, ma okazję, by wyjechać z kraju, ale zdaje sobie sprawę, że zapewne byłaby to droga w jedną stronę. Zaś Maciek, gdy już wróci z obozu internowania, będzie musiał się zastanowić, czy podjąć pracę w telewizji – wyjątkowo wówczas znienawidzonej, kłamliwej instytucji – czy malować mieszkania. Wszyscy czworo mają zaś poczucie, że – jak formułuje to bohaterka słuchowiska Janusza Andermana – gra trwała do trzynastego grudnia, do stanu wojennego, a i wtedy nikt przecież nie był w stanie przewidzieć, jak się ta gra rozwinie, bo jedna strona grała znaczonymi kartami… (...)  A teraz? Teraz nie ma gry, bo nie ma przeciwnika. Czy partnera, jak kto woli. Druga strona nie podjęła gry. Druga strona po prostu systematycznie nas tępi, jak insekty. I nie przebiera w środkach[7].

Te środki to czołgi i transportery wojskowe na drogach i ulicach, uzbrojone po zęby patrole żołnierzy, Milicji Obywatelskiej i ZOMO grzejące się w trakcie mroźnej zimy przy koksownikach, wyłączone telefony, a kiedy już przywrócono połączenia, cenzurowane rozmowy. Internowania i upokarzające procedury weryfikacyjne w zakładach pracy, tępi i brutalni komisarze wojskowi, sącząca jad i fałsz telewizja, zmuszanie do podpisywania deklaracji lojalności. Dźwięk milicyjnej karetki i helikopterów szukających nielegalnych nadajników, uliczne kontrole dokumentów i toreb (wielokrotnie wygrywany motyw dużych toreb i plecaków noszonych przez ludzi w odpowiedzi na apel podziemnej Solidarności[8]), gazy łzawiące i – jedynie zasugerowane, ale w sposób bardzo czytelny – manifestacje uliczne i starcia ich uczestników z ZOMO-wcami. Tchórzewski wykorzystuje niemal wszystkie ikoniczne obrazy stanu wojennego, drobiazgowo wręcz odtwarzając klimat tamtych zimowych miesięcy. Rezygnuje jednocześnie z pokazania pełnej udręki codziennej walki o byt – niekończących się kolejek do pustych sklepów, zdobywania byle ochłapów, handlu wymiennego, upragnionych paczek z zagranicy, przerażenia na informację o zaplanowanych od 1 lutego kilkusetprocentowych podwyżkach cen żywności. Skupia się zamiast tego na tej szczególnej atmosferze końca świata, nastroju beznadziei ogarniającym bohaterów, ich bezsilności, zagubieniu i po prostu strachu.

Jest w tym filmie przejmująca scena pierwszej rozmowy Kuby z Ewą – rozmowy, która odbywa się w obecności obcego mężczyzny, prawdopodobnie funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa. Przerażona, zrozpaczona Ewa krzyczy: To straszne, co w stoczni, co z Maćkiem i Jurkiem, co z Wałęsą?! Chryste, żebyś ty wiedział, co tu mówią, mam nasłuch na cały świat, tak bym chciała być z wami, co robicie, powiedz, co to znaczy wojna, halo, co się tam dzieje, powiedz mi, czy strzelają?!

Obecni – telefonistka, esbek, wreszcie Kuba i jego przyjaciel, słuchają tego rozpaczliwego krzyku w milczeniu. Kuba odpala papierosa od papierosa, ostatkiem sił stara się zachować spokój i zapewnia, że w klubie wszystko w porządku, pracujemy normalnie, ale dodaje też, że nie jest sam. Ewa rozumie komunikat. Zapytana, dlaczego przerwała rejs, odpowiada, że nawalił jej samoster. Nie chodzi jednak o część jachtu, jak odczytuje to Kuba, ale o wewnętrzny drogowskaz – Ewa się pogubiła, nie wie, jak zareagować na to, co się stało, co w tej sytuacji zrobić, w jakim kierunku się udać. Jej sytuacja jest o tyle skomplikowana, że związana już z Kubą, jest – jak okazało się na morzu – w ciąży z Jerzym. Wybór, przed którym staje, ma więc nie tylko charakter polityczny (jeśli będzie kontynuowała rejs, tym samym zaakceptuje, że zostanie wykorzystana przez władze jako element propagandy), ale osobisty. To równanie w jej przypadku ma wiele zmiennych. W końcu, po trwającym półtora miesiąca namyśle, wraca do kraju diametralnie różnego niż ten, który zostawiła. Nie może się w nim odnaleźć, lecz jest pewna, że tu właśnie powinna teraz być. Tu – z tymi ludźmi, na których jej zależy i którym zależy na niej. Tu – w tym kraju, za który czuje się odpowiedzialna, co w jej przypadku oznacza, że będzie chciała, mimo ciąży i niejasnej sytuacji osobistej, zaangażować się w działalność podziemnej Solidarności[9]. Prywatne uwikłania przeplatają się z politycznymi, żaden z wyborów podejmowanych przez czworo bohaterów opowieści Tchórzewskiego nie ma ani wyłącznie indywidualnego, ani wyłącznie politycznego charakteru.

Jadwiga Jankowska-Cieślak (Agata) i Jan Englert (Jerzy) filmie w Stan wewnętrzny, fot. Henryk Włoch, źródło: Fototeka FN

Maciek zostaje internowany i choć w rozmowie z Kubą, już po uwolnieniu, stara się bagatelizować to doświadczenie (Nie, nic, byłem z kumplami na urlopie, internowany byłem, przynajmniej się wyspałem), dla widza jest jasne, że doświadczenie utraty wolności było dla niego traumatyczne[10]. Zwolniony z internowania nie wie zrazu, w którą stronę się zwrócić. Jednym z pierwszych miejsc, jakie odwiedza, jest dawne biuro Solidarności – teraz zdemolowane, zniszczone i puste. Trzeba na nowo szukać kontaktów, organizować ludzi, lecz jak to robić, kiedy większość z nich siedzi, telefony nie działają, z powodu przymusowego bezrobocia nie ma pieniędzy nie tylko na jakąkolwiek działalność, ale nawet na przetrwanie. Maciek próbuje jednak w tej sytuacji zachować twarz. Nosi wszędzie wielki, choć pusty plecak, nie usuwa z mieszkania plakatów przypominających o Solidarności, gromadzi w nim natomiast podziemne gazetki, pisma, książki i ulotki (symptomatyczna dla owego czasu scena, gdy wyjmuje je z zamrażalnika, tapczanu, zza kaloryfera, by pokazać je Ewie, kiedy ta w końcu decyduje się na powrót). Zdając sobie sprawę z zawodowych konsekwencji, odmawia zrealizowania kłamliwego, krzywdzącego programu na temat kapitan Jaskólskiej, którą władze chcą zdyskredytować, kiedy wiadomo już, że przerwała rejs i na Zachodzie udziela niewygodnych wywiadów. Nie może zrealizować tego programu nie tylko dlatego, że jest to po prostu nieprzyzwoite, ale także dlatego, że nie może tego zrobić bliskiej sobie kobiecie.

Chwilowy powrót Maćka do telewizji pozwala pokazać mechanizm funkcjonowania tej instytucji, manipulowanie materiałami, sposób korumpowania pracujących w niej ludzi. Rozmowa Maćka z nowym szefem – znów kolejne wizualne (na ścianie rząd monitorów z gadającymi głowami, podobny wystrój gabinetu) i ideologiczne nawiązanie do Człowieka z żelaza i sceny starcia Agnieszki z redaktorem, który definitywnie odbiera jej film – jest pretekstem do skonfrontowania dwóch diametralnie odmiennych postaw. Naprzeciw siebie stają dwaj mężczyźni – wymuskany aparatczyk w garniturze i pod krawatem, wijący się w uśmiechach (Jest nam pan potrzebny, myślę o pana pracy. Trzynastkę pan odebrał? Należy się panu), ale zarazem śliski i nieprzyjemny, bez szemrania i zastanowienia realizujący oczekiwania WRON-u. Maciek z wielkim plecakiem na ramionach, w swetrze i dżinsach, nawiązujący tym ubiorem do charakterystycznego stylu ludzi kontestujących system, jest reprezentantem całkowicie odmiennych wartości[11]. Tych dwóch nie jest w stanie się porozumieć, ponieważ używając tych samych słów, rozumieją pod nimi zupełnie co innego. Szef oczekuje programu demaskującego trwonienie społecznych pieniędzy, gwiazdorstwo, czyli samej szczerej prawdy, choć przecież obaj zdają sobie sprawę, że z prawdą nie ma to nic wspólnego.

Kuba kierujący Yacht Clubem zostaje zmuszony do podpisania deklaracji lojalności, czyli dokumentu zobowiązującego do zaniechania wszelkiej działalności szkodliwej dla Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, w szczególności do przestrzegania obowiązującego porządku prawnego. Ludzie, przed którymi kładziono kartkę z tym pozornie niegroźnym zdaniem, stawali w istocie przed bardzo trudnym wyborem. Podpisanie deklaracji nie było równoznaczne z podjęciem współpracy z Służbą Bezpieczeństwa ani Milicją, jednak powszechnie odbierano tę ze wszech miar upokarzającą procedurę jako zmuszanie do wyrzeczenia się działalności opozycyjnej, wyparcia się Solidarności, zanegowania zasadności istnienia tego ruchu. Po 13 grudnia władze składały propozycje sygnowania takiego dokumentu niemal wszystkim podejrzewanym o posiadanie niewłaściwych poglądów, uczestnikom strajków i manifestacji, zwalnianym lub zagrożonym utratą pracy, dziennikarzom, naukowcom, osobom na stanowiskach[12]. Odmowa na ogół nie wiązała się z uwięzieniem, ale zawsze sprowadzała na odmawiającego kłopoty, z których utrata możliwości wykonywania zawodu była jednym z najbardziej dotkliwych.

Doprawdy nie wiadomo, co sądzić o tych deklaracjach – zapisał 20 grudnia 1981 roku w swoim dzienniku warszawski dziennikarz Maciej Łukasiewicz – czy i jak je podpisywać. Są tacy, którzy uważają, że nie należy niczego podpisywać (i chyba mają rację); są też tacy, którzy aprobują – jak Janka [Paradowska, wówczas przewodnicząca Solidarności w należącym do Stronnictwa Demokratycznego wydawnictwie Epoka – przed 13 grudnia także członkini PZPR, złożyła legitymację po wprowadzeniu stanu wojennego – J.P.] – drugi punkt, ale są i tacy, którzy podpisują całość. Trudno kogokolwiek za to potępiać i osądzać, ale nie ulega wątpliwości, że te praktyki bezpieki są bezprawne i obrzydliwe[13].

Mocniej ujęła swoją ich ocenę Halina Mikołajska, internowana w obozie w Gołdapi, w nieocenzurowanym liście do Kazimierza Dejmka z 13 kwietnia 1982 roku: Od pierwszego dnia naciskano na nas, żebyśmy podpisywali zobowiązania lojalności, posłuszeństwa wobec „nowych praw”. Absurdalność tych deklaracji nie wymaga chyba komentarza. (...) lojalność wobec bezprawia to jest „cyrograf diabelski”. (...)

Kiedyś ktoś może opisze sposoby wymuszania tych „dokumentów”, to będzie wielka książka o terrorze psychicznym, czasem wręcz fizycznym, o szmaceniu ludzi, o szantażach dziećmi, rodzicami, pracą, chorobami, procesami – słowem o permanentnej „prasie pneumatycznej” jeżdżącej po mózgach i sercach[14].

Kuba podpisuje dokument, ale robi to z wyraźną niechęcią, świadom, że w obecnej sytuacji – zarówno zawodowej, jak i prywatnej – nie może sobie pozwolić na bunt. Jest odpowiedzialny za Yacht Club i ludzi w nim skupionych, zwłaszcza młodych żeglarzy, dla których jest autorytetem i których może uchronić przed nieprzemyślanymi działaniami. Jeśli nie podpisze lojalki, zachowa co prawda moralny komfort, ale poza tym nie będzie w stanie uratować nic więcej. A to „więcej” jest dla niego ogromnie ważne.

Komandor jest także jedyną osobą, która może na odległość próbować opiekować się Ewą. To dramatycznym rozmowom z nim (nagrywanym i prowadzonym w obecności SB), jego wsparciu i sile moralnej Ewa zawdzięcza odzyskanie wewnętrznego samosteru. Kuba zdaje sobie sprawę, jak wysoką cenę może zapłacić za postępowanie wbrew wyraźnym instrukcjom komunistów pragnących zdyskontować sukces Jaskólskiej, ale postępuje zgodnie z własnym sumieniem. Zrozumiawszy wreszcie, co oznaczają powtarzane przez nią słowa o awarii, nie naciska i nie namawia na kontynuowanie rejsu. Dzięki jego odwadze wyrzeczenia się miłości – Kuba liczy się z faktem, że Ewa już nie wróci, lecz nie namawia jej do powrotu świadom konsekwencji, jakie kobieta może ponieść – Ewa odnajduje w sobie siłę.

Opowiadając natomiast o decyzji Jerzego, Tchórzewski dotyka kolejnej ważnej, także już wspomnianej sprawy, która wróci w kilku kolejnych filmach poświęconych stanowi wojennemu, a nawet stanie się głównym i zarazem tytułowym tematem jednego z nich. Weryfikację przeprowadzono w pierwszych miesiącach stanu wojennego w wielu inteligenckich środowiskach, eliminując ludzi zbyt niezależnych, wiernych wartościom zawieszonego związku, odmawiających podpisania lojalki. Chodziło oczywiście o wyeliminowanie ludzi samodzielnie myślących i zrobienie miejsca dla posłusznych miernot, upominających się o monopol władzy[15] – pisał Jan Józef Szczepański, wówczas prezes Związku Literatów Polskich. Dla Jerzego stawka jest wysoka – otrzymał zagraniczny kontrakt, jeśli więc nie zostanie zweryfikowany pozytywnie, straci nie tylko możliwość pracy w Polsce, ale i możliwość wyjazdu, a tym samym także spotkania z Ewą. Nie wie jeszcze wówczas, czy Ewa wróci. Mimo że w jego życiu i mieszkaniu jest już inna kobieta, Jerzy nie zaniechał myśli o byłej żonie, uczucie do niej nie wygasło, a skoro sytuacja wygląda tak, jak wygląda, jeśli nie okaże się wystarczająco posłuszny, być może nigdy już jej nie zobaczy. Jerzy podejmuje to ryzyko – nie podpisuje deklaracji, zabiera ze swojego biurka kilka przyborów i żegna się z kolegami. Ci, którzy postanowili po prostu przetrwać, nie patrzą mu w oczy.

Teraz nie ma społeczeństwa – mówi Maciek do Ewy w dniu jej powrotu, pod koniec stycznia 1982 roku. – Jest ludność. Jedni siedzą po domach, przestali wierzyć, inni usiłują coś zrobić, jeszcze inni ukrywają się, a niektórzy mają wszystko gdzieś. Każdy musi decydować sam za siebie.

*

„Stan wewnętrzny” jest filmem o tym, co wtedy przeżywaliśmy – mówił latem 1989 roku Krzysztof Tchórzewski. – Starałem się utrwalić tamtą rzeczywistość, jej klimat w sposób maksymalnie wierny; zarówno w sferze zewnętrznej: wyłączone telefony, szlabany na szosach, przepustki, moda na noszenie plecaków, jak przede wszystkim przez pokazanie paru typowych inteligenckich postaw i zachowań. Przecież wtedy od zachowania się mogło zależeć całe dalsze życie. (...) Dzisiaj te postawy będą zapewne inaczej odbierane i oceniane. Być może warto raz jeszcze je przemyśleć i raz jeszcze przyjrzeć się tamtym czasom. W końcu historia lubi się powtarzać[16].

autor plakatu: Lech Majewski, źródło: Gapla FN


[1] Shana Penn, Podziemie kobiet, tłum. Hanna Jankowska, Rosner & Wspólnicy, Warszawa 2003, s. 25. [powrót]


[2] J.M. Rymkiewicz, Rozmowy polskie latem roku 1983, Świat Książki, Warszawa 2003, s. 51–52. [powrót]


[3] J. Korycka, Stan wewnętrzny, „Filmowy Serwis Prasowy” 1989, nr 14, s. 3. [powrót]


[4] Na tę szczególną sytuację odbiorczą tego i podobnych mu obrazów zwracał uwagę recenzent Stanu wewnętrznego Janusz Zatorski: Filmy te, pokazane po latach, znajdują się w sytuacji nader osobliwej. Cieszą się zainteresowaniem i nawet szacunkiem publiczności oraz krytyki, lecz jest to zainteresowanie – powiedzmy to sobie jasno – dla swego rodzaju „starego kina”, szacownego zabytku. Trudno oceniać je obiektywnie i traktować jak równoprawny twór współczesnej kultury. Są pełne tamtych emocji i ograniczone tamtą wiedzą – a to dla kina, zawsze nastawionego na aktualność, jest każdorazowo zabójcze. Nie da się ukryć – poza dziełami naprawdę wielkimi, utwory pokazywane po raz pierwszy po latach leżakowania, nie mają wielkich szans.

Tak też i dzieje się z filmami Wosiewicza oraz obecnie Tchórzewskiego. Wyrządzono im wielką krzywdę – odebrano im ostrość widzenia spraw, pozostawiając jedynie wątpliwą, w sensie satysfakcji artystycznej, palmę pierwszeństwa. (...) Wartość fabularnego debiutu Krzysztofa Tchórzewskiego polegała więc nie na wysokiej próby artyzmie, na dopieszczeniu szczegółów i cyzelatorstwie postaci, lecz na szybkości reagowania. I otóż jak dziś, po siedmiu latach, oceniać można obiektywnie ten film? (...) Można go przyjąć lub odrzucić. Dla jednych będzie dokumentem czasu, dla innych politycznym plakatem. Dla niektórych nudną piłą, dla innych jeszcze wartościową publicystyką fabularną. I krytyk ze swoimi kryteriami, tudzież wycenami, nie ma tu, na dobrą sprawę, nic do roboty. J. Zatorski, Wewnętrzne życie stanu wojennego, „Kierunki” 1989, nr 39, s. 15.

Z podobnego założenia wychodzili autorzy innych recenzji tego filmu. Por. np. U. Biełous, Tamten stan, „Kultura” 1989, nr 37, s. 12; Monika Kuc, Zewnętrzność, „Tygodnik Kulturalny” 1989, nr 38, s. 12; B. Janicka, Z zapisków inteligenta, zima 1981/82, „Film” 1989, nr 40, s. 8–9; W. Cybulski, Stan wewnętrzny, „Dziennik Polski” 1989, nr 239, s. 10; S. Zawiśliński, Temat dla polskiego Viscontiego, „Trybuna Ludu” 1989, nr 199, s. 7; M. Baster, Stan wewnętrzny, „Tak i Nie” 1989, nr 37, s. 15; A. Horoszczak, Kłopoty z samosterem, „Ekran” 1989, nr 37, s. 6; M. Pieczara, Samotny biały żagiel, „Tygodnik Solidarność” 1989, nr 15, s. 13; M. Malatyńska, Stan wewnętrzny, „Echo Krakowa” 1989, nr 179, s. 3.  [powrót]

[5] A. Dajbór, Film, którego miało nie być. Rozmowa z Krzysztofem Tchórzewskim, „Gazeta Wyborcza” 1989, nr 77, s. 8. [powrót]

[6] Mówi Teresa Bogucka: Zawsze znalazł się skurwysyn, który miał satysfakcję z tego, że innym coś utrudniał czy zablokował. I ci gorliwcy byli i partyjni, i bezpartyjni. Teraz w ogóle się nie pamięta o obrzydliwej kategorii zwanej przez władze „uczciwymi bezpartyjnymi”, to znaczy lojalnymi, wysługującymi się lizusami. Oni byli partii niezbędni, bo co jakiś czas nimi zdobiła rozmaite stanowiska na dowód swej otwartości, a byli dwa razy bardziej groźni, bo musieli gorliwie dowodzić swego oddania. Ratunkiem byli porządni partyjni.

Mocny partyjny mógł ochronić instytucję. Ja pracowałam w instytucie naukowym o rażąco niskim stopniu upartyjnienia i tam było ważne, żeby w paroosobowej POP był mocny partyjny, bo trzeba było załatwiać różne rzeczy z władzą i on miał chronić instytut. To była taka nieustanna gra, trzeba było ochronić uniwersytet, zakład pracy, instytut, teatr przed nieobliczalnością władz. Ale to nie było jej szaleństwo, tylko metoda – władza miała zwyczaj szantażować tym, że zniszczy to, na czym ludziom zależy.

Jak widać więc, czasy były złożone i oczywiście można było być porządnym człowiekiem w partii lub bezpartyjną kanalią. Pewnie każdy z mieszkańców PRL może wskazać jakiegoś partyjnego, który mu pomógł. I każdy partyjny miał kogoś, kogo wyciągnął z więzienia, komu dał mieszkanie, sprowadził lekarstwo. No, bo i urok władzy absolutnej polega na tym, że się jest królem, że jednego się ukaże, a innego ułaskawi. W ludzkich życiorysach było wszystko pomieszane.

Natomiast dosyć wyraźne było to, co jest przyzwoite, a co nie. Najbardziej powszechnym świństwem było zaszkodzenie komuś przy wykorzystaniu partyjnych układów. Cyt. za: E. Kondratowicz, Szminka na sztandarze. Kobiety Solidarności 1980–1989. Rozmowy. Sic!, Warszawa 2001, s. 143–144. [powrót]

[7] J. Anderman, Stadium, [w:] tegoż, Kraj świata, Oficyna Wydawnicza Volumen, Warszawa 2009, s. 113. [powrót]

[8] 15 stycznia 1982 roku Maria Sułowska-Dmochowska z Warszawy zanotowała: Muszę też zmienić torbę na dużą, egipską (torba-worek), bo to jest zgodne z apelami „S”. Duże torby i plecaki, noszone powszechnie na ulicy, mają ułatwiać poruszanie się kurierów z ulotkami i wrzucanie ulotek do wnętrza naszych toreb. Podobno milicjanci mają głupie miny, kiedy legitymując ludzi z torbami i plecakami, widzą, że są puste. Cyt. za: W stanie, oprac. Z. Gluza, KARTA, Warszawa 1991, s. 96. To zjawisko pokazuje także Jacek Petrycki w filmie dokumentalnym Moje notatki z podziemia (2011). [powrót]

[9] Wybór Ewy jest do pewnego stopnia odzwierciedleniem poglądów samego reżysera, który był zdecydowanie przeciwny emigracji w obliczu stanu wojennego i lat, które nastały po nim. W rozmowie z Ewą Czeszejko-Sochacką, przeprowadzonej w kwietniu 1988 roku, mówił: „Jedno z dwojga” [pierwotny tytuł Stanu wewnętrznego – J.P.] oglądało do tej pory może 300 widzów. Z tego grona dwie osoby, które chciały emigrować na stałe z Polski, nie zrobiły tego. Powiedziały mi, że zmieniły decyzję po projekcji. Moralnie czuję się wygrany i jestem dumny, że tym filmem zatrzymałem dwie rodziny przed emigracją z naszego kraju. E. Czeszejko-Sochacka, Tęsknota za światem pięknych iluzji, „Kino” 1988, nr 7, s. 13. [powrót]

[10] Tuż po zwolnieniu z obozu internowania w Jaworzu Andrzej Szczypiorski pisał: Nie pisałem więc! Natomiast, jak sądzę, cierpiałem na słowotok, moje gadulstwo, zawsze zresztą obecne, wydawać się musiało niemal chorobliwe. Przypuszczam, że rozmaici ludzie słuchali mnie wprawdzie uprzejmie, lecz z pewnym dystansem, a nawet znudzeniem. Nie okazywali tego, bo mnie chronił status, który w Polsce przydaje każdemu niewielką, ale gustowną aureolę wokół głowy. Słowa i gesty sympatii ze strony ludzi całkiem obcych były rozczulające i – oczywiście – schlebiały mojej próżności. Ale to wszystko, stanowiąc rodzaj moralnej rekompensaty, nie wyrównywało strat psychologicznych, poniesionych w ciągu poprzednich miesięcy.

Właśnie dlatego tak bardzo irytują mnie głosy, pojawiające się tu i ówdzie w propagandzie, a także w ustach ludzi głupich, albo po prostu złych, że internowani (to się odnosi z reguły do „jajogłowych”, rzecz jasna!) byli czy też są zadowoleni ze swojego losu, ponieważ tanim rzekomo kosztem zafundowali sobie pewien moralny komfort. Z tym moralnym komfortem to prawda, ale „tani koszt” brzmi tutaj prowokująco, idiotycznie i po chamsku! Jeśli pozbawienie wolności uważać za tani koszt, to co kosztuje drogo? Jeśli myśl, że jesteśmy ofiarami bezprawia, która towarzyszyła niemal wszystkim moim towarzyszom niedoli, uważać za tani koszt, to o czym w ogóle można dyskutować? Jeśli poczucie poniżenia i krzywdy uważać za tani koszt, to jak pewni ludzie w ogóle mogą myśleć i mówić o porozumieniu? Bo fakt pozostaje faktem, iż odebrano mi wolność, zatem odjęto mi to najświętsze, przyrodzone prawo ludzkie, tylko dlatego, że zgodnie z prawem i nie naruszając prawa, myślałem i mówiłem coś, co się nie podobało ludziom sprawującym władzę, a zatem ludzie ci, dysponując siłą, zatkali mi gębę i izolowali od społeczeństwa na kilka miesięcy. A. Szczypiorski, Z notatnika stanu wojennego, Kantor Wydawniczy SAWW, Poznań 1989, s. 38–39. [powrót]

[11] Andrzej Friszke w rozmowie z Andrzejem Brzezieckim zwraca uwagę na tę estetyczną stronę konfliktu: Oczywiście nie wszyscy ludzie w Sierpniu zaczęli zapuszczać brody, ale nastąpiła zmiana wizerunku działacza publicznego. Ludzie władzy, którzy występowali w kronikach, w telewizji, to byli urzędnicy pod krawatami i w garniturach. I nagle pojawili się młodzi brodaci robotnicy w swetrach i ze znaczkami „Solidarności”. Wszyscy mówili do siebie na „ty”. Miało to posmak rewolucji obyczajowej. A. Brzeziecki, Lekcje historii PRL w rozmowach, W.A.B., Warszawa 2009, s. 222. [powrót]

[12] Pisze Andrzej Paczkowski: Specyficzną formą szykany była (...) operacja „Klon”. Do 22 grudnia na „rozmowy ostrzegawcze” (używano też określenia „rozmowy profilaktyczne”) wezwano 6307 osób, którym dawano do podpisania tak zwaną lojalkę. Drukowane formularze istniały w kilku odmianach – starszych, przygotowanych w styczniu 1981 r., i nowszych, sporządzonych jesienią tego roku. Najkrótsza z nich brzmiała: „Ja, niżej podpisany oświadczam i zobowiązuję się do zaniechania wszelkiej działalności szkodliwej dla Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, w szczególności do przestrzegania obowiązującego porządku prawnego”. Rozmowy odbywały się w pomieszczeniach MO, a interlokutorem wezwanej osoby był funkcjonariusz SB, który od razu zapowiadał, iż odmowa złożenia podpisu może oznaczać internowanie. I tak rzeczywiście było: do 22 grudnia internowano 409 osób, które odmówiły podpisania oświadczenia. Czynienie dopisków w rodzaju „w miarę możliwości” czy „jak zawsze” mogło być uznane za równoznaczne z odmową. W akcji tej chodziło nie tylko o grożenie wezwanej osobie – pokazanie jej swego rodzaju „żółtej kartki” – ale także o jej poniżenie i odcięcie od kontaktów z przyjaciółmi czy znajomymi z działalności związkowej lub opozycyjnej. Reakcje „zlojalizowanych” w ten sposób obywateli bywały bardzo różne: od zatajenia do bagatelizowania. (...) Chyba nie trzeba dodawać, że rozmowy ostrzegawcze były wykorzystywane także do prób werbowania tajnych współpracowników. Operacja „Klon” trwała przez wiele tygodni, ale największe natężenie osiągnęła w początkowym okresie stanu wojennego. W sumie do końca 1982 r. przeprowadzono rozmowy ostrzegawcze z niemal 32 tysiącami osób. A. Paczkowski, Wojna polsko-jaruzelska. Stan wojenny w Polsce 13 XII 1981 – 22 VII 1983, Prószyński i S-ka, Warszawa 2006–2007, s. 114.   [powrót]

[13] M Łukasiewicz, Weryfikacja. Z notatnika stanu wojennego 1981–1982, Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1994, s. 52. Podkreślenie moje – J.P. [powrót]

[14] I dalej: Była (...) z nami urocza, cicha, starsza pani (...). Bardzo smutna, zostawiła w domu jedynego syna, ciężko chorego. W czasie aresztowania błagała funkcjonariuszy, by ją zabrali z miejsca pracy, gdzie po nią przyszli, błagała, żeby z nią nie szli do domu. Nie oszczędzono jej tego, (...) urządzono rewizję. W efekcie syn dostał jakiegoś ataku i uległ porażeniu. Po paru tygodniach jej pobytu w Gołdapi przyszedł telefonogram o zgonie chłopca. Tej matce podsunięto „lojalkę” do podpisania, jako warunek zwolnienia jej na pogrzeb (...), odmówiła podpisania.

W czasie transportu internowanych z więzienia poznańskiego do Gołdapi jedna z „więźniarek” (samochód, a raczej buda bez okien, w której nie powinno się wozić nawet zwierząt, jeśli mają być zdrowe do uboju) (...) wykoleiła się; kilkanaście kobiet wyciągano przez wywietrznik w suficie tego pudła; prawie wszystkie miały wstrząs mózgu, rzygały potem i mdlały władowane do innej, wypełnionej już po brzegi „więźniarki”. Dwie były jednak w tak ciężkim stanie, że musiano je zostawić po drodze w szpitalu więziennym. Mniej więcej co tydzień przywożono je do obozu (...), ale mimo, że mijały tygodnie, nie mijały ciężkie objawy uszkodzenia mózgu (podwójne widzenie, zatrzymanie moczu, wymioty), brano je więc z powrotem do szpitala i tak w kółko (...). Lekarz z MCK stwierdził konieczność umieszczenia [ich] na neurochirurgii, obiecano mu to. Po jego odjeździe podsunięto internowanym „lojalki”. Odmówiły… (...) Jakże i więc która z nas może się zobowiązać do postępowanie zgodnego z tym dekretem?

Wcale nie rwę się do żadnego działania. Chciałabym jednak umierać z względnie czystym sumieniem. (...)

Siedzę tu w towarzystwie paru dziewczyn, które tę zgodę na dekret podpisały. To są osoby przeważnie zniszczone i zrozpaczone. Cyt. za: M. Grochowska, Eurydyka ze sztandarem, [w:] tejże, Wytrąceni z milczenia, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013, s. 533–534. [powrót]

[15] J.J. Szczepański, Kadencja, Oficyna Wydawnicza Volumen, Warszawa 2009, s. 188. [powrót]

[16] Cyt. za: A. Dajbór, dz. cyt.  [powrót]


Stan wewnętrzny Krzysztofa Tchórzewskiego jest drugim polskim filmem fabularnym opowiadającym o przebiegu stanu wojennego w Polsce w latach 1981–1983. Zrealizowany jeszcze w trakcie jego trwania (1983), sportretował zarówno stan ówczesnych emocji polskiego społeczeństwa, jak i pokazał – po raz pierwszy w polskim kinie – ikoniczne dla niego obrazy i sytuacje. Na losy i osobiste decyzje czworga bohaterów Tchórzewskiego, związanych lub sympatyzujących z Solidarnością, nieustannie wpływa sytuacja polityczna, od której są zależni i którą współtworzą. Reżyser świadomie odwołuje się do wielkich dzieł Andrzeja Wajdy, kształtujących świadomość społeczną w drugiej połowie lat siedemdziesiątych i początku lat osiemdziesiątych – Człowieka z żelaza (1976) i Człowieka z marmuru (1981). Bohaterowie Stanu wewnętrznego, rozgrywającego się w Gdańsku, to ludzie z tego samego lub podobnych środowisk jak te, w których żyli bohaterowie niezwykłych filmów Wajdy. Nieprzypadkowo też główną rolę kobiecą w filmie Tchórzewskiego gra Krystyna Janda, stylizowana na Wajdowską Agnieszkę. Tchórzewski, opowiadając o kilkunastu miesiącach od momentu, gdy podpisano porozumienia sierpniowe, zdaje się opowiadać kolejną część ich historii.

Cenzura nie dopuściła filmu do rozpowszechniania, nie odbyła się nawet jego kolaudacja. Widzowie mogli zobaczyć Stan wewnętrzny dopiero w 1989 roku – wszedł na ekrany dzień po tym, jak Tadeusz Mazowiecki został pierwszym niekomunistycznym premierem w powojennej Polsce.

The Inner State by Krzysztof Tchórzewski is a second feature film that was made in Poland on martial law (1981–1983). The director made his movie in 1983, when the conflict between communist regime and the anticommunist opposition was still in progress. Tchórzewski’s ambition was to portray the emotional state of Polish society as well as to collect (almost) all of the iconic pictures and situations of the time – for the first time in the history of Polish cinematography. Protagonists of The Inner State are involved with the political situation – all their personal decisions all their thoughts and desires are closely attached to what is happening in Poland. Even if they wanted to stay neutral (which they definitely don’t want), they are not granted this possibility. They are shaped by the political situation as well as they make it.

Krzysztof Tchórzewski was inspired by two great movies by Andrzej Wajda: Man of Marble (1976) and Man of Iron (1981). The action of The Inner State takes place in Gdańsk in the same or a very similar society as in Wajda’s movies. Krystyna Janda took the female lead and her heroin resembles Agnieszka she created in both Wajda’s masterpieces. In his movie Tchórzewski seems to tell the story of the people who left shipyard in Gdańsk in August 1980, after signinig the memorable agreement with communist government. Now we see them year and a half later, forced to struggle for what they believe in – but with different means.

The viewers weren’t allowed to watch the movie, which was rejected by censorship. The movie was presented to the audience in 1989, a day after Tadeusz Mazowiecki became the first non-communist prime minister in post-war Poland.

Słowa kluczowe: stan wojenny, historia kina polskiego, Krzysztof Tchórzewski, Stan wewnętrzny, Krystyna Janda

Joanna Preizner – doktor nauk humanistycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego, adiunkt na Wydziale Zarządzania i Komunikacji Społecznej Akademii Krakowskiej im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego. Zajmuje się historią polskiego kina, filmowymi wizerunkami relacji polsko-żydowskich oraz pamięcią filmową przełomowych momentów polskiej historii współczesnej. Jest autorką monografii etiud studenckich PRL w obiektywie studentów łódzkiej filmówki w latach 1949–1960 (2007), redaktorką i autorką czterotomowej serii Gefilte film. Wątki żydowskie w kinie (2008–2013). Przetłumaczyła i opracowała wspomnienia rabina Ben-Ziona Golda Cisza przed burzą. Życie polskich Żydów przed Holokaustem (2011). W 2012 roku nakładem wydawnictwa Austeria ukazały się jej Kamienie na macewie. Holokaust w polskim kinie. W tej samej oficynie w 2015 roku wydano pod redakcją dr Preizner pierwszy tom Współczesnego kina izraelskiego, a pod koniec 2017 roku ukaże się tom drugi. W 2018 roku wydawnictwo EKRANy opublikuje jej monografię filmów o stanie wojennym  Czas ołowiany. Obraz stanu wojennego w filmie fabularnym.


Wróć do poprzedniej strony

Wybrane wideo

  • O PROGRAMIE APF, dr Rafał Marszałek
  • Polska Szkoła Filmowa - geneza, rozwój i przedstawiciele, prof. Alicja Helman
  • Propagandowy wymiar kina historycznego w okresie PRL
kanał na YouTube

Wybrane artykuły