Artykuły

„Kino” 1970, nr 3, s. 12-19


Spotkanie z reżyserem, nowe role, kariera

Andrzej Markowski



Rozmowa z Danielem Olbrychskim

ANDRZEJ MARKOWSKI: Mówi się o Panu, chyba nie bez słuszności, że zrobił Pan karierę.

DANIEL OLBRYCHSKI: W moim przypadku są to jedynie zewnętrzne prze­jawy zawodowego sukcesu. Wychodząc z takiego zało­żenia, mogę powiedzieć, że zrobiłem i nie zrobiłem kariery. Zrobiłem, bo przekroczyłem granicę anonimo­wości, dostaję listy, poznają mnie na ulicy, udaje mi się łatwiej otrzymać bilet do kina albo miejsce w pociągu, moja podobizna pojawia się na okładkach ilustrowa­nych czasopism, miesięczników. „Kino” zwraca się do mnie z prośbą o wypowiedź, dając mi i w ten sposób do zrozumienia, że kariera stała się moim udziałem. Nie zrobiłem jej jednak, bo nie zdobyłem Złotej Maski, nie mam samochodu ani posiadłości ziemskiej.

A.M.: Jakie czynniki, zdaniem Pana, złożyły się na ów sukces: przypadek, świadome działanie, talent?

D.O.: Sądzę, że w każdym sukcesie jest pewien element przypadku. Ma on niewątpliwie wielkie znaczenie, ale jest to dopiero krok na drodze do kariery. Skoro jednak ów sukces ma być wartością trwałą, to działanie przy­padku jest do pewnego stopnia ograniczone. Przypadek stwarza jedynie szansę; do jakiego stopnia zostanie wy­korzystana, zależy w poważnym stopniu od tego, czyim stała się udziałem. Zresztą pojęcie przypadku nie jest tak bardzo jednoznaczne. Na przykład, to że stałem się akto­rem, nie było sprawą przypadku; zawsze pragnąłem pracować w tym zawodzie. Natomiast to, że w stosun­kowo krótkim czasie udało mi się zagrać w wielu fil­mach i zyskać zainteresowanie krytyki oraz publiczności, było wynikiem serii pomyślnych zbiegów okoliczności: występowałem w telewizji, w młodzieżowej audycji Andrzeja Konica, a w szkole teatralnej zwrócił na mnie uwagę Andrzej Wajda.

A.M.: Blaskom kariery towarzyszą jednak również cienie.

D.O.: Aktor filmowy, który zrobił karierę, aktor modny, znany staje się publiczną własnością. Ten stan rzeczy jest dlań z jednej strony źródłem satysfakcji, z drugiej zaś stawia wobec tłumu, który potrafi być bezwzględ­ny; prowokuje bezkarne, bo anonimowe ataki, pozbawiając jednocześnie możliwości obrony. Bardzo często sukcesowi towarzyszy ów ton niechęci, zawiści, utajo­ny w jakimś lekceważącym zdaniu, obraźliwym geście. I to jest chyba najtrudniejsze doświadczenie, jakie niesie ze sobą popularność. Natomiast praca, wysiłek związa­ny z wykonywaniem zawodu jest – dla mnie przynaj­mniej – źródłem satysfakcji i radości.

A.M.: Jaka jest droga do kariery w naszych warunkach: trudna czy łatwa?

D.O.: Jeżeli chodzi o moje środowisko, chyba stosun­kowo łatwa; służy temu atmosfera pewnej bezintere-

– 12 –

sowności, która jest zapewne wynikiem braku szczegól­nie trudnych przeszkód na drodze do osiągnięcia wstępnego sukcesu. Po prostu nie leży w niczyim inte­resie niesienie pomocy ani też stwarzanie utrudnień w osiągnięciu kariery. O ile łatwo ją zyskać, o tyle trudno ją kontynuować, nikomu bowiem również, poza samym zainteresowanym, nie zależy na umocnieniu zdobytego powodzenia. Nie istnieje żaden czynnik, poza wkładem pracy aktora i jego talentu, który by pomógł mu w kontynuowaniu kariery, w utrzymaniu wysokiej pozycji. Nie obchodzi to ani producenta, ani większości reżyserów i scenarzystów. Stąd tak charakterystyczne dla naszych stosunków przypadki jednora­zowych, krótkotrwałych sukcesów, opartych na jednej jedynej roli, a potem często wieloletni brak jakichkol­wiek propozycji.

A.M.: Pana jednak ominęły te niebezpieczeństwa. Wy­daje mi się, że decydujący wpływ na rozwój Pańskiej kariery miało spotkanie z Andrzejem Wajdą.

D.O.: Spotkanie z Wajdą to była szansa, wygrany los na artystycznej loterii. Mając zaledwie osiemnaście lat, znalazłem się w towarzystwie wybitnych twórców, cie­kawych osobowości, stałem się kolegą tych ludzi, ich partnerem; mieszkałem z nimi, siadałem przy wspólnym stole, słuchałem ich rozmów, sam – ośmielony – za-

– 13 –

bierałem głos. Byli moimi przyjaciółmi i moimi profeso­rami; lojalnymi przyjaciółmi i wymagającymi profesora­mi. Odnalazłem wśród nich atmosferę mojego domu z jego umiłowaniem tradycji wielkiej polskiej literatury i romantycznego bohatera. Rok pracy przy realizacji Popiołów to był mój uniwersytet. Zyskałem doświad­czenie aktorskie, wszedłem w bliższy kontakt z litera­turą, stałem się dojrzalszy intelektualnie, bardziej świa­domy.

A.M.: Zaskoczeniem dla wielu było objęcie przez Pana funkcji asystenta reżysera w filmie Polowanie na mu­chy.

D.O.: To była inicjatywa Wajdy. W czasie realizacji Wszystkiego na sprzedaż chętnie słuchał moich uwag, prowokował mnie do wysuwania własnych po­mysłów, uwzględnił nawet kilka z nich. Powiedział wtedy, że chętnie by mnie widział jako swojego asysten­ta przy następnym filmie; myślałem, że żartuje, tymcza­sem gdy przystąpił do realizacji Polowania na muchy, zrobił mi konkretną propozycję. Czy przyjąłem ją z my­ślą o przyszłej pracy realizatorskiej? Nie mam tak dale­kosiężnych planów. Pracę asystenta potraktowałem jako kolejny etap mojej edukacji, kontynuowanej pod okiem tego samego mistrza; ten czynnik miał niewątpli­wie poważny wpływ na kształtowanie mojej aktorskiej indywidualności; wydaje mi się, że trudno przecenić znaczenie owego terminowania przy boku reżysera, będącego wybitną indywidualnością, zwłaszcza jeżeli trafiło się na kogoś, kto działa w tej samej sferze zainte­resowań i dysponuje zbliżonym typem wrażliwości i wyobraźni.

A.M.: Jakie wrażenia wyniósł Pan z pracy po drugiej stronie kamery?

D.O.: Jest to pasjonujące doświadczenie, zwłaszcza dla aktora. Dopiero stając za kamerą, widzi się, co z owych licznych pomysłów aktorskich jest naprawdę godne wykorzystania. Analizując scenariusz, wydawało mi się początkowo, że potrafię sobie wyobrazić kształt tej czy innej sceny; z chwilą jednak, gdy trzeba ją było zrealizo­wać na planie, moje pomysły, przynajmniej w interpre­tacji, którą proponowałem, najczęściej okazywały się nieprzydatne. Wtedy przychodził Wajda i ze zdumiewa­jącą łatwością rozstrzygał moje wątpliwości, proponu­jąc rozwiązanie tak logiczne i konsekwentne, że jego oczywistość nie podlegała dyskusji.

A.M.: Wajda słynie z umiejętności współpracy z aktorem.

Dla aktora jest on chyba ideałem reżysera filmo­wego. Łączy bowiem cechy życzliwego, często entu­zjastycznego widza i wnikliwego krytyka. Przy całej surowości oceny potrafi uzmysłowić aktorowi poczucie jego wartości, wyjątkowości, niepowtarzalności jego talentu i osobowości, a tym samym ośmiela go, pobu­dza ambicję; stąd aktorzy na planie u Wajdy dają z sie­bie maksimum wysiłku. Ciekawe, że Wajda, nie preten­dując do miana wybitnego specjalisty od techniki ak­torskiej, nie stosując zawiłych warsztatowych analiz postaci, nie posługując się profesjonalnym językiem, osiąga zwykle tak doskonałe rezultaty z pracy z akto­rem. Dzieje się tak zapewne dlatego, że potrafi natchnąć aktora, dać pierwszy impuls, zafascynować swoją wizją postaci, sceny, wydarzenia. Stwarza atmosferę, która sprzyja rozbudzeniu wyobraźni aktora, wyzwala inwen­cję, wytwarza stan napięcia, prowokacji. W tej sytuacji aktor zaczyna sam proponować; o to właśnie chodzi reżyserowi, który z mnogości pomysłów potrafi zawsze wybrać ten najcenniejszy, najbardziej przydatny. Oczy­wiście nie wszystkim aktorom, przyzwyczajonym naj­częściej do żmudnych „rozmów warsztatowych”, odpo­wiada owa zasada improwizacji, swobodnej gry skoja­rzeń i niespodziewanych zderzeń sytuacyjnych; zauwa-

– 14 –

– 15 –

żyłem jednak, że nawet ci, którzy na początku odnosili się z nieufnością do praktyk Wajdy, zwykle w połowie filmu akceptowali proponowane przez niego reguły gry.

A.M.: Wajda ma zwyczaj obsadzania amatorami epizo­dycznych ról, często są to znane postacie z kręgu kultury i sztuki.

D.O.: To się wiąże, jak sądzę, z jego upodobaniem do ludzi reprezentujących konkretny typ, konkretną osobo­wość, którzy już samym pojawieniem się na planie wnoszą element niespodzianki, zaskoczenia, intrygują­cej sytuacji. Stąd w filmach Wajdy tyle ciekawych postaci. Wajda wielokrotnie mówił mi, że chciałby zrea­lizować film z tym czy innym amatorem w roli głównej; nie sądzę jednak, by się kiedykolwiek zdecydował na tego rodzaju posunięcie; duża rola wymaga od aktora nie tylko osobowości, ale także sprawnego warsztatu; nie widzę zaś Wajdy w roli pedagoga udzielającego lekcji techniki aktorskiej; on żąda od aktora pełnej mo­bilizacji i gotowości; trudno zaś je osiągnąć bez okreś­lonego zasobu umiejętności czysto technicznych.

A.M.: Postacie grane przez Pana mają coraz więcej cech wspólnych.

D.O.: Trudno mi powiedzieć, na ile postacie, które do­tąd grałem, obdarzyłem miarą własnych przeżyć, myśli, uczuć. Zapewne każda z nich nosi ślad mojej osobo­wości. Wszystkie razem może istotnie składają się na indywidualny portret, może raczej – szkic do portretu. Nigdy jednak dotychczas nie udało mi się stworzyć postaci, która byłaby sumą tego wszystkiego, co prag­nąłbym od siebie przekazać widzowi. W moim odczuciu jak dotąd dwie role mogłyby stać się punktem wyjścia do stworzenia takiego indywidualnego, syntetycznego portretu: Karol XII w ,Hrabinie Cosel i Daniel we Wszystkim na sprzedaż. Pierwsza z nich dotyczyła jednak postaci historycznej i w scenariuszu była ledwie zaznaczona, druga zaś, pozbawiona wprawdzie histo­rycznego kostiumu, była także epizodem, chociaż epi­zodem stwarzającym niewątpliwie większe niż tamten możliwości.

A.M.: Dlaczego wyróżnia Pan właśnie te postacie?

D.O.: Dlatego, że odnalazłem w nich ładunek siły, na­miętności, intelektu i prawdy, pozwalający uczynić je żywymi, dający więc szansę, zarówno mnie, jak i wi­dzowi, identyfikacji z ekranową postacią. Życie każdego jest tak pełne napięć, niedających się przewidzieć sy­tuacji, dramatycznych wyborów, ryzykownych posu­nięć czy sensacyjnych wydarzeń, że nie sposób pro­ponować widzowi bohatera niedorastającego do jego własnych doświadczeń. Jak może ów anonimowy widz, którego życie mogłoby w niejednym wypadku posłużyć za tworzywo fascynującego scenariusza, uwierzyć w mdłą historyjkę, w uproszczony obraz świa­ta, proponowany mu przez papierowego bohatera? Tylko takie postacie, które potrafią wyrazić doświad­czenie zbiorowe, mogą trwale zawładnąć wyobraźnią widowni.

A.M.: Rzadko znaleźć można propozycje takich postaci w naszych scenariuszach.

D.O.: U nas w większości wypadków wysiłek i inwen­cja reżysera oraz aktora służą naprawie błędów scena­riusza: stworzeniu wiarygodnych sytuacji, nadaniu dia­logom brzmienia potocznej mowy. O ile łatwiejsza jest rola i efektowniejsza praca aktora w kinematografiach korzystających z usług zawodowych scenarzystów; aktor wtedy musi tylko „znaleźć się” w sytuacji stwo­rzonej przez scenarzystę, zaaranżowanej z uwzględnie­niem jego możliwości psychofizycznych, nie musi zaś jej, najczęściej z niczego, tworzyć.

A.M.: Posługuje się Pan wyrazistymi środkami aktorski­mi; Pana grę cechują dynamika, śmiałe operowanie

– 16 –

– 17 –

kontrastem; nie lęka się Pan krzyku, gwałtownego gestu.

D.O.: Sądzę, że otaczającą nas rzeczywistość, dynamicz­ną, zmienną i pełną ostrych kontrastów, można wyrazić najpełniej za pomocą środków równie jak ona gwał­townych i intensywnych. Współczesny widz jest spo­strzegawczy, wybredny i niecierpliwy. Aby przyciągnąć jego uwagę, trzeba działać na zasadzie szoku, zaskocze­nia, prowokacji. Trzeba go bawić, niepokoić, ekscyto­wać i wzruszać. Nie można mu dać chwili wytchnienia.

A.M.: Postacie, które Pan gra, cechuje to, co określiłbym mianem czystej, szlachetnej struny wewnętrznej, po­zwalającej upatrywać w Panu spadkobiercę tak świet­nej w polskiej literaturze, teatrze i filmie tradycji ro­mantycznego bohatera.

D.O.: Trudno byłoby mi zagrać człowieka o cechach, których nie potrafiłbym odnaleźć w sobie. Może to za­brzmi patetycznie, ale wydaje mi się, że najważniejszym zadaniem artysty jest obrona ludzkiej godności. Kon­sekwentnie więc staram się występować w rolach, które stwarzają mi tę szansę. I jeżeli moi bohaterowie działa­jący w różnych epokach i w odmiennym klimacie emo­cjonalnym, filozoficznym i moralnym mają jakiś rys wspólny, to jest nim potrzeba walki. Walczą z kom­pleksami, strachem, własną rozwichrzoną osobowością; walczą za kraj, o miłość, o to, żeby się nie poddać, żeby się nie dać upokorzyć. I dlatego nawet w klęsce pozo­stają zwycięzcami.

A.M.: Wydaje mi się, że realizowanie dzisiaj koncepcji takiego bohatera jest zadaniem szczególnie trudnym. Pańscy poprzednicy byli w lepszej sytuacji.

D.O.: To prawda. Pokolenie moich kolegów czterdzie­stolatków startowało ze znacznie dogodniejszej pozycji. Oni mieli gotowe wzorce moralne, często zresztą sami je tworzyli. Gdy grają role bohaterów podziemia, party­zantów i żołnierzy, grają własne role. Oni tych ludzi znali, oni byli jednymi z nich. O ileż trudniej jest mi zagrać któregoś z nich z tamtej epoki. Czasami wydaje mi się to wręcz niestosowne.

A.M.: Więc kompleks nieuczestnictwa?

D.O.: Niewątpliwie mam tego rodzaju kompleksy, po­dobnie jak pokolenie młodzieży, do którego należę. Za­zdroszczę niekiedy tamtym; zazdroszczę im pięknego i in­tensywnego życia, szansy sprawdzenia siebie w sytua­cjach najtrudniejszych, możliwości ustalenia stopnia własnej odwagi, strachu, wytrwałości; zazdroszczę im jasnych kryteriów, prostych celów i oczywistości wy­boru.

A.M.: Gra Pan teraz w filmie Wajdy Krajobraz po bitwie, to zupełnie inna od dotychczasowych rola.

D.O.: Początkowo nie chciałem grać tej roli, chociaż Wajda widział w niej tylko mnie (a mam do niego ogromne zaufanie). Nie chciałem jej grać, ponieważ nie rozumiałem mojego bohatera, nie chciałem go zrozu­mieć. Jego reakcje były tak różne od moich, jego doświadczenia i losy tak odmienne. Dotychczas grając postacie, których rodowód sięgał czasów wojny i oku­pacji, odwoływałem się do znanych mi pojęć i wyobra­żeń ukształtowanych w kręgu literatury romantycznej. Zagadnienie honoru, walki z wrogiem, poświęcenia ży­cia za ojczyznę – to były prawdy proste i zrozumiałe, które z radością akceptowałem i przyjmowałem za własne. Ale czytając prozę Borowskiego, zetknąłem się z rzeczywistością przekraczającą miarę mojej wyobraź­ni. Jak to – pytałem siebie – zabijają mu dziewczynę, a on, zamiast rzucić się na zabójców, przechodzi obok nich obojętnie? Odpowiedzią było zdanie Borowskiego kończące znany fragment o kobietach wiezionych do gazu „W głębokim milczeniu dziesięciu tysięcy mężczyzn”: ,,Bo żywi mają zawsze rację przeciw umarłym”.

– 18 –

Chcąc zagrać Tadeusza, utożsamić się z bohaterem Bitwy pod Grunwaldem, musiałem więc w pewnym sensie zadać gwałt swojej naturze; musiałem dokonać przewartościowania pojęć moralnych, wyzbyć się na­turalnych odruchów protestu, stłumić w sobie niechęć do przyjęcia obcej mi postawy, musiałem zrozumieć.

Najważniejsze było wyobrazić sobie, co skłoniło mojego bohatera do akceptacji takiej, a nie innej po­stawy; co spowodowało, że ów dwudziestoletni chło­piec ma twarz „skażoną cierpieniem”. Aby to osiągnąć, postanowiliśmy z Wajdą, że będę włączał do roli frag­menty z innych opowiadań Borowskiego, które pasują do postaci Tadeusza i odpowiadają sytuacji, w jakiej się on znajduje, a wtedy być może uda mi się zyskać sto­pień świadomości, który pozwoli mi na przybliżenie się do mojego bohatera. Wajda powiedział mi: „Nie po­trafię ci wytłumaczyć, jak powinieneś to zagrać; mogę ci tylko wskazać na to, co jest w moim pojęciu fałszywe, a co prawdziwe”. Dzisiaj jestem już może bliższy tamtej prawdy; to oni: Borowski, Baczyński, Gajcy – pomogli mi.

 

 

 

FILMOGRAFIA

DANIEL OLBRYCHSKI

Urodził się w 1945 roku, występował jako uczeń gimnazjalny przez dwa lata w tele­wizyjnym Studio Poetyckim; studiował w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie.

Debiutował w roku 1964 główną rolą w filmie Ranny w lesie.

Gra w teatrze i telewizji (filmy: Zalicze­nie, Przygody pana Michała).

 

Ważniejsze role filmowe:

1965 –  Popioły (Rafał Olbromski)

1966 – Potem nastąpi cisza (porucznik Olewicz)

1967 – Małżeństwo z rozsądku (Andrzej), Bokser (Tolek), Jowita (Marek)

1968 –  Hrabina Cosel (król szwedzki Karol), Skok (Franek), Pan Wołodyjowski (Azja Tuhajbejowicz), Wszystko na sprzedaż (Daniel), Polowanie na muchy (rzeźbiarz)

1970 –  Krajobraz po bitwie (Tadeusz), Sól ziemi czarnej (oficer polski)

 

– 19 –



Andrzej Markowski

Wróć do poprzedniej strony

Wybrane wideo

  • O PROGRAMIE APF, dr Rafał Marszałek
  • Fenomen POLSKIEJ SZKOŁY FILMOWEJ, prof. Piotr Zwierzchowski
  • Tło historyczne rozwoju kinematografii polskiej na przełomie lat 70. i 80.
kanał na YouTube

Wybrane artykuły